niedziela, 7 lipca 2013

moja pierwsza sheet mask: My Beauty Diary: Black Pearl Sheet Mask

Na krótko po przyjeździe do Chin moim pierwszym zakupem było coś, na co miałam ochotę już od dawna: maseczki typu sheet mask. 
Wszystkie niezbędne mi do życia kosmetyki przywiozłam ze sobą, ale maseczek nigdy za wiele, tak więc właśnie to oto pudełko z 10 maseczkami wpadło do koszyka podczas pierwszej wizyty w Watsons:

My Beauty Diary
Black Pearl sheet mask



Opakowanie zawiera 10 maseczek typu "sheet mask", każda zapakowana w osobną saszetkę.


Obietnice producenta

- rozjaśnia skórę dzięki zawartości czarnej perły;
- poprawia elastyczność skóry, dodaje sprężystości;
- zawartość witaminy C pochodzącej m.in. z ekstraktów z ananasa, ogórka sprawia, ze cera staje się promienna i świeża a także w minimalnym stopniu oczyszcza;
- zapewnia odpowiedni poziom nawodnienia cery (to ponoć nie do końca to samo, co nawilżenie ;));
- zawiera także algi, aloes, roślinny kolagen i inne. 

Skład:

Purified Water, 1, 3-Butylene Glycol, Glycerine, Propylene Glycol, Aloe, Hyaluronic Acid, Pineapple, Alage, Cucumber, Lime Tree, Triethanolamine, Methyl Paraben, Algae-Yeast Complex, Bio-Active Silanols, Lecithin, Nanospheres, Vegetale Collagen, Citric Acid, Royal Pearl 

(skład pochodzi ze strony MyBeautyDiary )

Szczegóły techniczne

Jak wspomniałam, każda maseczka zapakowana jest w osobną saszetkę, co jest bardzo wygodne - można taką maseczkę zapakować i zabrać ze sobą na wyjazd, czy podarować komuś na spróbowanie :)
Co do samej maseczki - jak to sheet mask, mamy do czynienia z maseczką wykonaną z cienkiego materiału, dobrze nasączoną esencją/serum. Esencji jest naprawdę sporo - aż 25ml. Biorąc pod uwagę, że buteleczka jakiegokolwiek serum zawiera 30ml, to można sobie zwizualizować, że wylewamy niemal całą butelkę na twarz ;) 

Esencja jest przezroczysta i ma konsystencję żelowo-płynną, nie jest na tyle wodnista, żeby wszędzie spływać, choć czasem trochę znajdzie się na szyi. Po zakończonej sesji można pozostałą esencją wysmarować jeszcze całą szyję, dekolt i ramiona ;) 

Maskę nakładamy na około 20-25 min, niektórzy takie maski trzymają na twarzy dużo dłużej - nie powinno zaszkodzić. Pozostałości nie zmywamy, tylko wklepujemy w skórę i rzeczywiście ładnie się to wchłania.


Zapach maseczki jest bardzo przyjemny, mnie osobiście bardzo relaksuje i działa odświeżająco.

Co do częstotliwości stosowania - zależy to tak naprawdę od nas. Mi wydaje się, że aplikacja 1-2 razy w tygodniu wystarcza, ale są tacy, co stosują maski codziennie. Ja jednak ze względu na ograniczoną dostępność pozostałam przy oszczędnej wersji raz w tygodniu ;)

Moja opinia

Maska jest rewelacyjna i w dużym stopniu spełnia obietnice producenta. 
Po pierwsze, aplikacja jest niesamowicie przyjemna. Uwielbiam położyć się z tą maską na twarzy i odpłynąć przy ulubionej muzyce...
Co do działania - jest równie dobrze. Po zastosowaniu maski cera jest wyraźnie rozjaśniona i rozświetlona. Cera aż "pije" tą esencję, buzia po jest dużo gładsza i nawilżona. Po kilku zastosowaniach można zauważyć, że drobne blizny lekko się zmniejszają i rozjaśniają.

Kolejny plus to chyba zaleta wszystkich sheet masks - nie trzeba bawić się w rozprowadzanie a potem spłukiwanie, nie trzeba niczego zmywać. Pozostałą esencją robimy sobie lekki masaż i wszystko pięknie się wchłania. Można bez problemu nałożyć makijaż, jeśli jest taka potrzeba. Resztka pozostała w saszetce i na samej maseczce też się nie marnuje - ja wcieram to w dekolt, szyję, ramiona. Jest tego naprawdę sporo ;)

Co więcej, efekt rozjaśnienia i promiennej cery trwa dość długo, jest zauważalny jeszcze przez kolejny dzień lub dwa, a przy regularnym stosowaniu wygląd cery ulega poprawie.

Trzeba również dodać, że nie było żadnych niepożądanych skutków. Pomimo obecności aloesu w składzie, moja wrażliwa cera nie odnotowała żadnego podrażnienia, nie było też wysypu. 

Bardzo polecam, jeśli macie dostęp lub robicie jakieś zamówienia przez internet. 
Zalecam jednak ostrożność - najlepiej maski kupować od sprawdzonych sprzedawców albo oficjalnych sklepów, np. Sasa - marka My Beauty Diary cieszy się taką popularnością, że na rynku ponoć aż roi się od podróbek.  

Chętnie kupię ponownie, o ile jeszcze będę miała okazję. Póki co mam jeszcze kilka masek MBD do wypróbowania - wszystkich rodzajów jest naprawę mnóstwo, na mnie czeka wersja Cherry Blossom i Moroccan Rose :)






6 komentarzy :

  1. Już dawno tego typu masek nie miałam na swojej buźce :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja nie lubię tego typu masek, preferuję te, gdzie pozostałości trzeba zmyć :)

    OdpowiedzUsuń
  3. jakoś nie mam zaufania do tych maseczek:(

    OdpowiedzUsuń
  4. o ja koniecznie napisz jak Ci się sprawdziły!:D

    OdpowiedzUsuń