piątek, 30 listopada 2012

Balsam codzienny Babuszki Agafii, czyli kolejne odkrycie roku :)


 Kogo nie kuszą rosyjskie kosmetyki naturalne, niech podniesie rękę w górę...Chyba niewiele takich osób się znajdzie w naszym blogowym gronie ;) Mnie bardzo te kosmetyki zaciekawiły, ale tak jak w przypadku każdego wielkiego szału, na początku trochę sceptycznie podchodziłam do całego zamieszania.Jednak te śliczne opakowania, pozytywne recenzje i naturalne składy coraz bardziej kusiły...
Nie przepadam za zamawianiem kosmetyków przez internet, szczególnie gdy jest to coś dla mnie nowego i nie wiem, jak na mnie zadziała. Tym bardziej, że w przypadku zakupów internetowych nie opłaca się zamówienie jednego drobiazgu na spróbowanie.
Na szczęście dowiedziałam się, że kosmetyki rosyjskie można kupić również stacjonarnie w Poznaniu, w sklepie zielarskim na ulicy Dąbrowskiego. Postanowiłam więc zaopatrzyć się w coś na próbę przy okazji mojej wizyty w Poznaniu :) 
Niestety nie znajdziemy tam pełnej oferty sklepu Bioarp czy Kalina, ale trochę produktów mają i na początek można coś wybrać na próbę. Tak też zrobiłam i kupiłam piankę do mycia twarzy Baikal Herbals (której jeszcze nie używałam) oraz ten oto balsam:

Recepty Babuszki Agafii
Balsam domowy - codzienny do pielęgnacji wszystkich rodzajów włosów


Wchodząc do sklepu nie miałam konkretnie tego balsamu w planach, wiedziałam tylko, że chcę zakupić jakąś odżywkę z rosyjskich kosmetyków. Była akurat ta, więc postanowiłam spróbować :)
Używam jej już około 1,5 miesiąca.

Od producenta
 Informacje ze strony bioarp.pl

Domowy balsam ziołowy babci Agafii do codziennej pielęgnacji każdego rodzaju włosów, oparty na wodzie strukturyzowanej( ma właściwości deszczówki), wyciągach z 17 syberyjskich ziół, wyciągu z żytniego chleba, łupin cebuli, szyszek chmielowych i propolis. Delikatnie pielęgnuje, wzmacnia i odżywia włosy, regeneruje i stymuluje wzrost.
 
Nie zawiera SLS, parabenów, silikonów, PEG i produktów ropopochodnych.



Zawiera:
Wyciąg z żytniego chleba ( Secale Cereale Seed Extract) – uelastycznia włosy, ma działanie regenerujące
Wyciąg z łupin cebuli  (Allium Cepa(Onion) Root Extract) – ma działanie dezynfekujące, wzmacniające, zawarta w nim siarka ogranicza przetłuszczanie się włosów  .
Wyciąg z szyszek chmielu (Humulus Lupulus Extract) - zapobiega wypadaniu włosów, stymuluje ich wzrost, opóźnia siwienie, działa przeciwłupieżowo, ogranicza świąd skóry głowy i przetłuszczenie włosów.

Propolis  – ma działanie  przeciwzapalne, regenerujące.



Składniki INCI: Aqua nivalis, Siberian Water Complex® (wyciąg z 17 syberyjskich ziół), Cetrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Secale Cereale Seed Extract, Allium Cepa(Onion) Root Extract, Humulus Lupulus Extract, Propolis, Guar Gum, Citric Acid, Parfum, Kathon.
 
Siberian Water Complex® - Rhododendron dauricum, Inula Helenium, Atragene Sibirica, Helichrysum Arenarium, Solidago Dahurica, Erodium cicitarium, Pedicularis uralensis, Rubus saxatillis, Urtica Dioica, Saponaria Officinalis, Chamomilla Recutita, Silene Jenisseensis, Rhodiola Rosea, Artemisia Mongolica, Scutellaria Baicalensis, Polygonatum odoratum, Lamium album.

 Trzeba przyznać, skład jest niesamowity :)
Szczegóły techniczne
Balsam nie jest zbyt gęsty czy kremowy, konsystencją przypomina raczej gęstą, ale mimo wszystko płynną emulsję. Nie ścieka jednak z włosów i łatwo się rozprowadza.
Kolor lekko żółtawy (w rzeczywistości nieco ciemniejszy, niż na zdjęciu), intensywny, naturalny ziołowy zapach. Zapach ziołowej mikstury ale połączonej z czymś słodkim, jakby zioła zatopione w płynnym miodzie :) Bardzo lubię ten zapach, kojarzy mi się z czymś bardzo naturalnym. Nie jest to też taki drażniący zapach udający zioła, który potrafi przeszkadzać w niektórych szamponach. Dla mnie jak najbardziej na plus :) Jeśli jednak ktoś nie lubi ziół, to zapach nie utrzymuje się zbyt długo na włosach, właściwie po wyschnięciu za bardzo go nie czuć.
Lubię też lekką konsystencję dzięki której balsam ładnie się rozprowadza i wsiąka we włosy. 
Tutaj jedyną wadą może być widoczny na zdjęciu otwór - butelkę odkręcamy i nie mamy tam żadnego dozownika, trzeba więc uważać z nalewaniem produktu na dłoń. Dla mnie to jednak nie problem, tym bardziej, że butelka jest dość poręczna i nie ślizga się w dłoniach.
Wiem też, że te większe balsamy Babuszki Agafii (na propolisie), które mają 600ml mają już zgrabny dozownik.


Moja opinia
Jestem wręcz zachwycona tym balsamem. Do tej pory wypróbowałam mnóstwo różnego rodzaju odżywek i z żadnej nie byłam do końca zadowolona. Najczęstszym problemem było to, że przyspieszały przetłuszczanie się włosów, albo wręcz sprawiały, że włosy były oklapnięte na krótko po umyciu. Często taka odżywka nie robiła nic, co najwyżej pomogła w rozczesaniu.

W tym wypadku mogę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona, Po pierwsze - lekka, niemal płynna konsystencja sprawia, że balsam absolutnie nie obciąża włosów. Po nałożeniu niemal natychmiast w nie wsiąka, włosy go piją. Po 2 minutach spłukuję i włosy są łatwiejsze w rozczesaniu, pięknie pachną, taką słodyczą i lekko ziołami. Zapach nie utrzymuje się jednak zbyt długo, trochę żałuję ;)

Najważniejsze jest w tym przypadku działanie. Robi to, co powinna robić każda odżywka, czyli pomaga w  rozczesaniu włosów. Do tego jeszcze sprawia, że włosy pięknie się błyszczą i są jakby odbite od skalpu :) Dla mnie jest to ogromna zaleta, ponieważ większość odżywek sprawia, że moje włosy są oklapnięte. Tutaj mogę szczerze powiedzieć, że moje włosy wyglądają bardzo świeżo, do tego pozostają świeże na dłużej - ostatnio staram się myć włosy co drugi dzień, zamiast codziennie,  i ten balsam wręcz mi w tym pomaga, czasem mam wrażenie, ze dzięki niemu moje włosy są dłużej świeże, a już na pewno ich nie obciąża :)
Do tego po wyschnięciu są mięciutkie i przyjemne w dotyku. 
A więc - otrzymujemy lśniące, nieobciążone włosy, które pięknie się układają. Mam włosy lekko falowane i po zastosowaniu tego balsamu nie puszą się a fale prezentują się znacznie lepiej - nie są to już kosmyki sterczące na różne strony ;)

Jedna uwaga - nie jest to odżywka bardzo nawilżająca czy regenerująca. Na pewno odrobinę nawilża i pielęgnuje, włosy są błyszczące, miękkie i lepiej się układają. 
Nie jest to jednak kremowa odżywka albo taka wypełniona silikonami, więc nie oczekiwałabym od niej maksymalnego wygładzenia, takiego, że włosy będą jak masło, albo wielkiej regeneracji. Według mnie od tego są maski, poza tym jeśli codziennie będziemy traktować nasze włosy takimi "ciężkimi" specyfikami, to będą się one szybciej przetłuszczać. Ja z tego względu muszę ich unikać i dlatego jestem bardzo zadowolona z lekkiej formuły Agafii :) 
 Moim zdaniem ten balsam robi dużo więcej niż jakakolwiek odżywka którą do tej pory wypróbowałam, do tego bez śladu obciążania, i za to ją kocham :)

Cena
Zapłaciłam za nią 24 zł stacjonarnie, ale w sklepach internetowych kosztuje około 19zł, za pojemność 350ml.

Dostępność
Stacjonarnie we wspomnianym przeze mnie sklepie zielarskim w Poznaniu (choć tam z dostępnością bywa różnie - raz jest to, raz coś innego), nie wiem, jak w innych miastach.
Sklep internetowy m.in. Kalina, Bioarp, na pewno również inne.

Dodam jeszcze, że ten balsam zachwycił mnie tak, że aż zrobiłam sobie większe zamówienie rosyjskich kosmetyków, do którego dobiorę się, gdy będę na święta w PL :)


czwartek, 29 listopada 2012

małe zakupy na deszczowy dzień

Dzisiaj pogoda jest tak straszna, że aż nie chciało się wychodzić z domu. Niestety, czekało mnie ważne spotkanie na drugim końcu miasta i musiałam wyjść na ten okropny, zimny deszcz. Całe szczęście, że mój nowy płaszyczk na zimę ma duży kaptur - dzięki temu przetrwałam ;) Przez długi czas byłam fanką klasyczny płaszyczyków z wełny, z kołnierzykiem, dwurzędowych. Według mnie są urocze i bardzo eleganckie, ale jednak cieszę się, że w tym roku dodatkowo zakupiłam pikowany płaszczyk z nieprzemakalnego materiału z kapturem ;) Przetrwanie zimy jest w takim płaszczu znacznie mniej bolesne.

Pogoda okropna, zimno, humor nie dopisuje, do tego stresujące spotkanie. Bez zakupów i czegoś słodkiego obejść się więc nie mogło. 



Czy Wy też macie teraz taką fazę na wszystko, co pierniczkowe? Ja ostatnio tak. Powoli przechodzi mi moja kokosowa obsesja, teraz chyba przyszedł czas na pierniczki. W zeszły weekend zajadałam się ciasteczkami korzennymi (zwanymi tutaj Spekulatius - są naprawdę pyszne!). Dzisiaj skusiło mnie mleko smakowe Muellera z edycji limitowanej o zapachu...pierniczka ;) Jest naprawdę pyszne, jeśli ta wersja jest dostępna w Polsce, to koniecznie spróbujcie.
Do tego moje ukochane kulki Halorki czyli Halloren Kugeln ;) Bardzo je lubię, nadzienie smakuje jak prawdziwa bita śmietana z gęstą czekoladą.

Ale dość o słodkościach, czas na kosmetyki, które tym razem są równie słodkie ;)

Tak naprawdę potrzebowałam tylko soli do kąpieli, ale jakoś tak smutno wyjść ze sklepu z taką samotną saszetką soli....Więc do koszyka wpadły również:

Żel pod prysznic w piance Balea Young. To dla mnie nowość, ale bardzo ciekawiło mnie takie mycie się bitą śmietaną ;) Kocham konsystencję pianki, więc na pewno będzie przyjemnie się jej używało.

Oraz słynny ostatnio krem do rąk Essence z zimowej edycji limitowanej.  Są trzy wersje zapachowe, słyszałam, że dwie pozostałe nieco zalatują sztucznością a pierniczek (przypadkowo znowu pierniczek...) pachnie całkiem przyjemnie. I rzeczywiście tak jest - przed chwilą piłam mleko pierniczkowe i zaraz potem posmarowałam ręce tym kremem - pachnie niemal identycznie :)

I na koniec sól do kąpieli, która jest mi potrzebna do kąpieli stóp. Soli z Balei jeszcze nie miałam, ta jest o kwiatowym zapachu, zobaczymy :)

Pozdrawiam i idę grzać się przy herbatce i zajadać słodkości :)

I ja dołączam do Blogrolli :)

Tym razem krótko - chciałam tylko ogłosić, że i ja postanowiłam dołączyć do blogrolle.blogspot.com

Bardzo spodobał mi się ich nowy baner:


Mam nadzieję, na nawiązanie nowych, ciekawych znajomości blogowych dzięki Blogrollom :)

Pozdrawiam i do następnego wpisu! :)

wtorek, 27 listopada 2012

Vichy NutriExtra - krem do ciała do skóry wrażliwej, suchej i bardzo suchej

Skóra mojego ciała nie jest bardzo sucha, w lecie wystarcza mi zastosowanie balsamu raz na 2-3 dni, absolutnie nie czuję ściągnięcia po prysznicu, wyjątkiem są sytuacje, gdy trafi mi się wyjątkowo wysuszający żel. W zimie skóra trochę bardziej się przesusza, ale również nie mam z nią większych problemów, balsam co 2 dni, czasem codziennie, w zupełności wystarcza.
Dlatego też zapewne nie kupiłabym sobie sama kremu, który jest bohaterem dzisiejszego postu, ponieważ jest on przeznaczony do skóry suchej i bardzo suchej. Dostałam go jednak jako gratis do kremu Vichy Aqualia Thermal. Nie jest to pełnowymiarowe opakowanie, ale 100 ml to i tak sporo i można już sobie wyrobić zdanie na temat takiego kosmetyku. 

VICHY NUTRIextra krem do ciała
Replenishing Nourishing Body Care
2 Day Continuous Comfort

 

Obietnice producenta
  • odżywienie i regeneracja;
  • 2-dniowy komfort i uczucie nawilżenia po zastosowaniu;
  • brak parabenów;
  • odpowiedni do skóry wrażliwej;
  • aktywne składniki nawilżające: masło shea, gliceryna, olej macadamia;
  • woda termalna Vichy;
  • Hydrovance (pochodna mocznika) – wygładza nierówności ułatwiając wnikanie składników aktywnych;
  • ukojenie i nawilżenie skóry suchej i bardzo suchej.
Skład (z wizażu - niestety nie zrobiłam zdjęcia a opakowanie już wyrzucone)

Aqua/Water, Glycerin, Dimethicone, Butyrospermum Parkii Butter/ Shea Butter, Paraffinum Liquidum/Mineral Oil, Cetearyl Alcohol, Cetearyl Isononanoate, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Hydroxyethyl Urea, Cyclopentasiloxane, Caprylic/ Capric Triglyceride, Glyceryl Stearate, Behenyl Alcohol, BHT, Glyceryl Stearate Citrate, Glycine Soja Oil/ Soybean Oil, Dimethicone Crosspolymer, Sodium Polyacrylate, Sodium Benzoate, Phenoxyethanol, Disodium Ethylene Dicocamide PEG-15 Disulfate, Disodium Edta, Tocopherol, Hydroxyethylpiperazine Ethane Sulfonic Acid, Capryloyl Salicylic Acid, Acrylates Copolymer, Parfum/Fragrance

Szczegóły techniczne
Krem jest dość gęsty, ma aksamitną konsystencję. Jest bogaty, lekko tłustawy, ale nie aż tak, jak niektóre masła do ciała. Powiedziałabym, że to taki bogaty, gęsty krem.
Zapach jest niestety średni, typowo kosmetyczny, co akurat nie byłoby problemem, gdyby był odrobinę świeższy i delikatniejszy...A tak ten zapach kojarzy mi się z jakimś babcinym kremem, który za długo stał na toaletce ;) Krem po otwarciu stał może niecały miesiąc, więc na pewno nie zdążył się zepsuć. Na szczęście nie jest to bardzo intensywny zapach, nie utrzymuje się długo, ale mimo wszystko - mogłoby być odrobinę lepiej. 

Działanie
Zacznę od tego, że krem jest dość bogaty i potrzebuje chwilę na wchłonięcie się. Rozprowadza się łatwo i przyjemnie, na początek mamy wrażenie, że lekko natłuszcza skórę, tak, jakby powleczona była jakąś warstewką. Czas potrzebny na wchłonięcie podobny jak w przypadku maseł do ciała.

Krem bardzo przyjemnie koi skórę, nawet te miejsca, które były przesuszone, otarte, czy zaczerwienione. Na pewno możemy odczuć obiecywany przez producenta komfort. Już po wchłonięciu skóra jest dobrze nawilżona i gładka, wciąż jednak mamy wrażenie, że pozostawia lekki film, na szczęście jednak nie jest to taka tłusta, nieprzyjemna warstwa. 

Czy nawilżenie wystarczy nam na 2 dni? W przypadku mojej bezproblemowej skóry - mogę to potwierdzić. Wystarczyła mi aplikacja co drugi dzień i to już w okresie grzewczym, gdy skóra bardziej się przesusza. Nie wiem,jak sprawdziłby się na skórze suchej, ale moim zdaniem nawilża naprawdę dobrze w porównaniu z innymi nawilżaczami, więc takie osoby również mogłyby być zadowolone.

Nie przepadam jednak za nawilżaczami, które pozostawiają film. Dla osób ze skórą suchą może to być atut, dla mnie jednak niekoniecznie, tym bardziej, że gdy zerkniemy w skład, możemy pomyśleć, że ten film to głównie zasługa obecnej tam parafiny i silikonu. 
Na szczęście pomimo parafiny krem nie spowodował u mnie zapchania porów ani żadnych wyprysków.

 Mimo wszystko, nie przepadam za takim silikonowo-parafinowym filmem na mojej skórze. Zastanawiam się wtedy, czy moja skóra jest naprawdę nawilżona, czy po prostu pokryta warstewką silikonu, niczym bazą pod podkład, która też przecież sprawia, że twarz jest gładka i przyjemna w dotyku ;)

Niemniej jednak - sprawdził się w pielęgnacji, moja skóra miała się dobrze, była ukojona, miękka i (wydawała się) nawilżona. Nie musiałam balsamować się codziennie, skóra była przyjemna w dotyku i nie odczuwałam ściągnięcia czy przesuszenia. 

Czy kupię ponownie?
Z wymienionych wyżej powodów nie kupię pełnowymiarowego opakowania - nie przypasował mi zapach, co w przypadku balsamu/masła akurat ma dla mnie znaczenie, poza tym wolę kosmetyki o nieco lepszym składzie. Parafinę jeszcze bym przeżyła, w okresie zimowym może się sprawdzić, ale po co ten silikon?
Do tego od razu 2-3 dni po wykończeniu opakowania moja skóra znowu była nieco przesuszona, jak to bywa w zimie, czyli krem ten nie zdziałał cudów i nie ma żadnych długofalowych efektów.

Myślę, że ten krem może się sprawdzić przy skórze suchej, z którą zwykły balsam o przyjaznym składzie po prostu sobie nie poradzi, szczególnie w zimie. Dla skóry, która wymaga takiego natłuszczenia, ukojenia i ochrony powinien się sprawdzić.Będzie to jednak tylko doraźne rozwiązanie - nie sądzę, żeby ten kosmetyk poprawił stan naszej skóry na dłużej, gdy tylko przestaniemy go stosować, pozytywne rezultaty znikną.

Wydajność
Opakowanie 100 ml wystarczyło mi na niecałe 3 tygodnie stosowania co drugi dzień, czasem codziennie. Moim zdaniem jest to średnia, standardowa wydajność.

Cena
ok. 35-40zł/200 ml



niedziela, 25 listopada 2012

"Cudze chwalicie..." czyli jakich polskich produktów najbardziej brakuje w DE

W trakcie ostatniej wizyty w Polsce pomyślałam, jak wiele jest rzeczy, które mam ochotę kupić i przywieźć do siebie...Wiele rzeczy brakuje mi tak po prostu, z sentymentu i przyzwyczajenia (np pewnych produktów spożywczych, czy konkretnych marek), ale zauważam coraz częściej, że w DE ciężko jest kupić pewne rzeczy, które dotąd wydawały mi się oczywiste i...niezbędne.
Wiem, że wiele dziewczyn zachwyca się np. kosmetykami z DM, ja sama je lubię, uważam, że to świetne kosmetyki w zaskakująco niskiej cenie, ale sądzę, że warto docenić to, co można dostać w Polsce, bo również mamy pewne produkty, których próżno szukać za granicą :)

W tym poście chcę powiedzieć Wam o tym, czego najbardziej mi tu brakuje na półkach sklepowych.

Zaznaczę na początek, że nie piszę tu o produktach z najwyższej półki, najdroższych marek które na pewno są równie łatwo dostępne są w każdym państwie na świecie, więc nie ma tu co porównywać. 
Piszę z punktu widzenia osoby, która co prawda jest świadomą konsumentką i nie kupuje tylko tego, co najtańsze, ale również nie zaopatruje się w najdroższych sklepach. Za pewnie rzeczy nie lubię przepłacać, poza tym jako młoda osoba dopiero po studiach zakupy robię w sklepach dla zwykłych śmiertelników i o takich też będę pisać ;)

A więc, może po kolei:

1. Produkty spożywcze

To na pewno banalne i słyszałyście to od każdego, kto choć trochę pomieszkał za granicą, albo same tego doświadczyłyście.
  • Chleb smakuje okropnie (od jakiegoś czas jem tylko tostowy - zwykłego nie mogę przełknąć :P), nie ma twarogu, poza tym czuć, że w jedzeniu jest mnóstwo chemii - serek do kanapek w 2 tygodnie po otwarciu, wciąż smakuje i wygląda, jak dopiero co rozpakowany...
  • Poza tym brakuje mi ulubionych herbatek - lipowej nie ma w ogóle (może w jakichś sklepach zielarskich? U nas lipa jest w każdym większym markecie...), brakuje również czarnych aromatyzowanych, w stylu Dilmah czy Lipton, są same owocowe (bez dodatku herbaty czarnej czy zielonej), korzenne, np imbirowe, w stylu indyjskim, za to na próżno możemy szukać czegoś w stylu herbaty czarnej z dodatkiem owoców czy płatków kwiatów. "Klasyki" można znaleźć, np herbata zielona jaśminowa, ale nie ma porównania z liczbą mieszanek i kombinacji, które możemy znaleźć w naszych sklepach :) 
  • brakuje niektórych słodyczy, szczególnie tęsknię za niektórymi wyrobami marki Wawel i Wedel
Co mamy w zamian?
  • na pewno cieszy różnorodność produktów spożywczych z całego świata, są markety chińskie, koreańskie, indyjskie, tureckie...A ich ceny są przystępne. Można znaleźć większość składników do potraw z kuchni całego świata, co jest ogromnym plusem dla mnie, ponieważ lubię eksperymentować i gotować potrawy kuchni orientalnych :) W PL często zdarzało mi się, że znalazłam świetny przepis, ale niestety składniki były albo niedostępne, albo bardzo drogie...
  • więcej rodzajów owoców i warzyw - pomimo, że to przecież ten sam klimat oraz mieszkam równie daleko od morza, sprowadza się tutaj mnóstwo owoców i warzyw z całego świata i są niedrogie, np ostatnio bardzo polubiłam owoce kaki, świeżą kolendrę stosuję niemal codziennie...Bardzo lubię odwiedzać np. turecki targ, gdzie można dostać świeże owoce i warzywa z całego świata, do tego naprawdę tanio :)
zdjęcie z: http://flickrhivemind.net
Przejdźmy teraz do tego, co zapewne interesuje was najbardziej, czyli kosmetyków ;)
Jak mówiłam, nie będę tutaj pisać o najdroższych markach Douglasowo-Sephorowych, ponieważ są one dostępne w każdym państwie, a więc i tutaj. Sephory co prawda nie mamy, ale te same produkty, może poza markami własnymi Sephory, można znaleźć w wielu centrach handlowych albo online.

2. Różnorodność marek

źródło: http://www.yelp.de/user_local_photos?userid=fBhosJwKD4EEuNTvOI31wA&select=E0DylzBT4GrV7E8N6jjzrg

Wchodząc do Rossmanna czy DM-u po raz pierwszy, byłam podekscytowana i chciałam wypróbować wszystko. Niestety, gdy wchodzi się tam już za n-tym razem, można zauważyć, że np w przypadku pielęgnacji mamy do wyboru produkty 4-5 marek i tyle. Nawet jeśli ich oferta jest szeroka, to i tak wypada to skromnie przy naszych Rossmannach czy SuperPharm, gdzie wszystkiego jest mnóstwo.
Przykładowo, w niemieckim Rossmannie mamy ich marki własne, do tego najbardziej znane marki takie jak L'Oreal, Garnier, Nivea i tyle. W PL mamy to samo plus jeszcze multum polskich marek, które są bardzo różnorodne, ciągle również pojawiają się nowe serie, nowe produkty.
Brakuje mi różnorodności i szerokich ofert polskich marek, wystarczy wspomnieć naszą Ziaję czy Eris (Lirene, Pharmaceris...).



3. Wybór produktów do kąpieli 

Dla przykładu, jeśli chcemy kupić żel pod prysznic w niemieckim Rossmannie, mamy do wyboru Isanę, Alterrę, Dove i Nivea. Koniec, kropka. W DM mamy Balea, Alverde plus oczywiście Dove, Palmolive i Nivea, które są wszędzie. Również koniec na tym. Wystarczy pomyśleć, ile tego jest np w SuperPharm czy Naturze...Nie ma porównania, nawet jeśli przyznamy, że sama Balea ma mnóstwo wariantów zapachowych w swojej ofercie.

źródło: http://www.frau-shopping.de/neu-bei-dm-duschgel-shampoo-und-spulung-9294.html

Podobnie jest w przypadku wszelkiego rodzaju peelingów i scrubów - Nivea ma w ofercie jeden, Isana też chyba jeden, Balea i Alverde może po dwa. W całej drogerii znajdziemy więc 4-5 scrubów do ciała, przyznacie, że to niewiele...Do tego większość peelingów w DE, wnioskując z obserwacji i recenzji, to bardziej takie żele pod prysznic z drobinkami, ciężko znaleźć takie prawdziwe, cukrowe "zdzieracze" w przeciętnej drogerii. U nas w PL scrubów jest mnóstwo w każdej drogerii, mamy do wyboru niezliczoną ilość zapachów, konsystencji, mocy zdzierania, ciągle również pojawiają się nowości...Sama dotąd jeszcze nie wypróbowałam połowy z nich, w DE wystarczyłby rok na spróbowanie wszystkich :P

4. Produkty do pielęgnacji twarzy

Z tym jest największy problem i tego typu kosmetyków najwięcej przywożę sobie z Polski. Marki apteczne oczywiście są (ale nie widać np Biodermy - nie spotkałam jej jeszcze w żadnej aptece, choć można kupić online), ale nigdy przenigdy nie spotkałam się z przecenionymi dermokosmetykami. Dzięki SP wypróbowałam i zaczęłam stosować całkiem sporo kosmetyków aptecznych, właśnie dzięki ciekawym promocjom, a płynu micelarnego Vichy nigdy jeszcze nie kupiłam w cenie regularnej. Tutaj natomiast coś takiego się nie zdarza, promocje są oczywiście w drogeriach, ale nie w aptekach, przynajmniej nie w takim stopniu, jak to bywa u nas. A nie wiem jak Wam, ale mi ciężko przychodzi kupienie czegoś "na próbę", po raz pierwszy, jeśli muszę na to wydać powyżej 50zł. Natomiast gdy już coś wypróbuję i uznam, że jest warte swojej ceny, to czemu nie.
źródło: http://dennyhilft.blogspot.de/
Jeśli natomiast chodzi o kosmetyki drogeryjne, gdzie cena nie stanowi problemu, problemem jest, po raz kolejny, mały wybór. Będąc ostatnio w DM z ciekawości chciałam znaleźć coś, co mogłabym w przyszłości wypróbować, przyjrzałam się więc tonikom. Byłam zszokowana, gdy zauważyłam, że 95% to toniki z alkoholem! Sprawdziłam Balea, Neutrogena, AOK, Alverde, L'Oreal, Garnier....Wszystkie zawierały alkohol, niektóre składały się praktycznie z alkoholu, wody, gliceryny i konserwantów. Wyjątkiem był tonik Nivea, ale za nim akurat nie przepadam i chyba jeden tonik z Balei, ale jego skład też mnie nie zachwycił.
A u nas? Wystarczy się rozejrzeć, jest ogromny wybór toników i tych z alkoholem i tych bardziej delikatnych, np. Ziaja, Lirene, Uroda, AA....

Podobnie jest z produktami do mycia twarzy, ciężko znaleźć coś delikatnego i przyjaznego dla cery na drogeryjnych półkach.

5. Brak lub słaba dostępność pewnych marek

Mam wrażenie, że Niemcy bardzo ograniczają dostępność obcych marek na swoim rynku, poza tymi najbardziej znanymi np z koncernu L'Oreal, które pewnie trudno byłoby "wykosić" ;)
Spotkanie Biodermy w aptece graniczy z cudem (słyszałam, że można jednak pójść do apteki i zamówią na życzenie, ale bez przesady, aż tak jej nie pragnę...), znalezienie Bourjois też jest niemożliwe (a szkoda, bo kocham ich tusze do rzęs - no ale od czego są zakupy w PL ;)) Rimmel i Revlon przez jakiś czas były, ale z tego co słyszałam, już rok czy dwa temu zniknęły z rynku...Bardzo mnie to irytuje, takie ograniczanie konsumentom dostępu do marek, które można kupić chyba w całej Europie. Mogę jeszcze zrozumieć brak polskich marek, które (niestety) w większości nie eksportują niczego za granicę, ale Rimmel czy Bourjois? Bez sensu. Może to i korzystne dla niemieckiego rynku, ale niekoniecznie dla konsumenta...nie wszystko co niemieckie, jest najlepsze ;)

Plusy?

1. Sklepy firmowe wielu znanych marek

A więc można spotkać TBS na wielu ważniejszych stacjach metra oraz w centrum, jest też conajmniej kilka salonów Lush'a, Mac'a itp. Ale szczerze mówiąc...zaglądam do tych sklepów tak rzadko, że wolałabym chyba mieć sklep firmowy Ziaji czy Inglota albo dobrze zaopatrzony SuperPharm, a coś z TBS zamówić sobie przez internet raz na rok, ponieważ i tak kupuję u nich bardzo rzadko...Z Lusha nie miałam jeszcze niczego, moim zdaniem ceny są mocno zawyżone i na pewno można znaleźć coś równie dobrego w niższej cenie (chociażby Bomb Cosmetics, na które ostrzę sobie od jakiegoś czasu pazurki.. ;)).

2. Szybsza dostępność wszelkich limitek z kolorówki typu Essence

Czy to na pewno taka zaleta? Nie mam jakiegoś szczególnego parcia na tego typu limitki, kolorówka dostępna w Polsce moim zdaniem wystarcza każdemu do szczęścia, są marki, których nie ma w DE a wiele rzeczy można też zamówić przez internet.

Myślę, że plusy na pewno nie przeważają, przynajmniej moim zdaniem ;)

Nie chodzi mi o to, żeby narzekać...Chciałam tylko pokazać Wam, że warto docenić to, co mamy w Polsce bo naprawdę nie jest źle z naszym rynkiem kosmetycznym a pod wieloma względami jest lepiej niż w Niemczech. Wiem, że Balea czy Alverde kuszą, i nie przeczę - są to całkiem porządne kosmetyki, szczególnie za taką cenę. Nie samą Baleą jednak człowiek żyje, i wiem, że gdybym nie miała możliwości przyjeżdżać do Polski np. przez rok, to baaaardzo brakowałoby mi pewnych marek i produktów. Można oczywiście tylko zaopatrywać się w aptekach i Douglasach, ale moim zdaniem nie na każdy kosmetyk warto wydawać więcej kasy...I akurat ta myśl poddała mi pomysł na któryś z kolejnych postów, ale o tym kiedy indziej ;)

A co Wy myślicie na ten temat? Jeśli mieszkacie za granicą, czego Wam najbardziej brakuje? Jeśli mieszkacie w Polsce, co chętnie zmieniłybyście na naszym rynku kosmetycznym, jakie marki chętnie widziałybyście na naszych półkach sklepowych?

Na koniec tylko dodam, że to naprawdę wieeelka szkoda, że niektóre fenomenalne i niedrogie polskie kosmetyki nie są znane i sprzedawane za granicą, bo zasługują na to na równi z Nivea czy L'Oreal, które można spotkać wszędzie, pewnie nawet w Afryce ;)

piątek, 23 listopada 2012

W poszukiwaniu świętego Graala - odnalezione i poszukiwane ideały kosmetyczne

Wszystkie wiemy, jak rzadko zdarza się kosmetyk, któremu nie możemy nic zarzucić, który spełnia nasze oczekiwania w 100% a do tego jest przyjemny w stosowaniu, nie nudzi się szybko i mamy ochotę do niego wracać - to takie kosmetyczne święte Graale ;)
Pomyślałam, że przedstawię Wam listę takich "poszukiwanych" oraz "odnalezionych" idealnych kosmetyków z różnych kategorii.

1. Szampon

POSZUKIWANY
Idealny szampon:
  •  powinien dobrze oczyszczać włosy, ale nie plątać ich i nadmiernie nie przesuszać. Nie cierpię, gdy szampon sprawia, że potem przy każdym czesaniu wyrywam sobie włosy, bo tak się plączą i łamią że nawet odżywka nie pomaga;
  • nie powinien podrażniać mojej skóry głowy, nie powinien powodować swędzenia ani łupieżu (większość szamponów niestety to powoduje);
  • nie powinien również przyspieszać ich przetłuszczania ani obciążać;
  • do tego powinien przyjemnie pachnieć, pienić się choć trochę i być wydajny (albo niedrogi). 
Do tego ideału bardzo zbliżył się szampon rumiankowy Klorane KLIK, niestety, zdarzają się dni, gdy po umyciu trochę swędzi mnie skóra  głowy. Na początku tego nie robił, ale po 3-4 miesiącach stosowania zaczęłam to odczuwać. Dla mniej wrażliwych może mógłby być ideałem ;)
Udało mi się również znaleźć szampon który w ogóle nie podrażniał i zużyłam go dwie butelki. Był to szampon piwoniowy Klorane KLIK, niestety, sprawiał, że włosy dość szybko się przetłuszczały i konieczne było codzienne mycie. 

Obecnie na przetestowanie czekają nieco bardziej naturalne rosyjskie szampony - może one dadzą radę? ;)

2. Żel do mycia twarzy

ODNALEZIONY
Idealny żel:
  • nie może powodować ściągnięcia, podrażnienia, przesuszenia skóry;
  • nie może przyspieszać i wzmagać produkcji sebum i błyszczenia się cery;
  • powinien dobrze oczyszczać, dawać uczucie odświeżenia;
  • powinien pomagać w walce z niedoskonałościami;
  • przy dłuższym stosowaniu nie powinien przesuszać, sprawiać, że skóra staje się szorstka, tworzyć suchych skórek;
  • idealnie byłoby, gdyby również przyjemnie pachniał (albo nie pachniał w ogóle).
Moim ideałem w tej kategorii jest żel do mycia twarzy Sanoflore KLIK. Spełnia wszystkie moje oczekiwania, jest bardzo delikatny, świetnie oczyszcza i odświeża, ogranicza powstawanie wyprysków, nie przesusza i do tego pięknie pachnie olejkami z mięty, cytryny i cedru. Poza tym posiada certyfikat Ecocert :)
Stosuję już drugie opakowanie tego żelu, trzecie w zapasie i pewnie nie będzie to ostatnie ;)

3. Odżywka do włosów

POSZUKIWANA (choć chyba już odnaleziona, ale o tym za jakiś czas...)
Idealna odżywka/balsam do włosów:

  • nie powinna obciążać włosów, sprawiać, że zaraz po myciu są oklapnięte i/albo szybciej się przetłuszczają (a więc brak silikonów i lekka konsystencja mile widziane);
  • powinna ułatwiać rozczesywanie włosów;
  • powinna nadawać włosom blask;
  • powinna choć trochę nawilżać włosy;
  • powinna sprawiać, że włosy są sprężyste, lekkie, przyjemne w dotyku - nie szorstkie czy suche;
  • włosy powinny dobrze się układać - nie musi ich strasznie wygładzać, ale nie powinny przypominać siana i sterczeć na wszystkie strony.
Jak dotąd większość odżywek albo obciążała moje włosy, albo nie robiła nic, albo sprawiała, że jeszcze gorzej się układały. Obecnie stosuję odżywkę, która wydaje się być idealna, ale jeszcze za wcześnie na recenzję, chcę ją dłużej wypróbować i wtedy dam znać :)  Zdradzę tylko, że jest to rosyjski specyfik ;)
 
4. Balsam/Mleczko/Masło do ciała

POSZUKIWANY
Idealny nawilżacz do ciała:
  • tutaj dla mnie ważną cechą jest zapach - nie musi być intensywny, ale powinien być przyjemny;
  • powinien dobrze nawilżać, tak, aby po kolejnym prysznicu skóra nie była ponownie sucha i nie domagała się nawilżenia - przy dobrym nawilżeniu wystarczy mi aplikacja balsamu/masła co drugi dzień;
  • nie powinien zawierać substancji zapychających - nie ma nic gorszego, od wyprysków na plecach czy ramionach...
  • powinien w miarę szybko i łatwo się wchłaniać - mogę odczekać chwilę, ale nie lubię, gdy po 10 minutach wciąż mam wrażenie, że kleję się do wszystkiego;
  • nie powinien zawierać silikonów, nie lubię mieć wrażenia gładkiej, nawilżonej skóry, ja chcę mieć gładką i nawilżoną skórę ;)
Tutaj miałam kilka kosmetyków, które zbliżyły się do ideału, ale zawsze coś było nie tak - a to wchłaniał się baaardzo długo, a to wchłaniał się szybko, ale nie nawilżał porządnie, a to zapach był nieprzyjemny...Zawsze jest jakieś małe ALE ;)

5. Maseczka oczyszczająca

ODNALEZIONA
Idealna maseczka oczyszczająca:

  • dobrze oczyszcza pory, co przejawia się tym, że pojawia się mniej niespodzianek;
  • skóra po jej zastosowaniu jest matowa a pory zwężone;
  • nie powoduje ściągnięcia ani nadmiernego przesuszenia;
  • nie śmierdzi jak Domestos albo spirytus - choć zapach jeszcze jestem w stanie przeżyć ;)
  • zawiera również jakieś substancje pielęgnujące, a więc nie tylko oczyszcza, ale również wygładza, goi istniejące już wypryski, sprawia, że blizny i przebarwienia szybciej znikają;
  • da się ją zmyć - nie trzeba jej zeskrobywać z twarzy przez pół godziny ;)
Dla mnie taką maseczką jest moja ukochana koreańska maseczka Zamian Gold Cacao Pack :) Spełnia wszystkie wymagania i do tego pięknie pachnie, jak prawdziwe kakao (które z resztą zawiera) KLIK.


 6. Podkład

POSZUKIWANY
Idealny podkład:

  • ma idealnie dobrany, naturalnie wyglądający odcień;
  • nie zapycha!
  • nie ciemnieje, nie wygląda za różowo;
  • ma przynajmniej średnie krycie;
  • utrzymuje się na twarzy, a jeśli już się ściera, to po prostu stopniowo przestaje być widoczny, a nie waży się czy ciemnieje;
  • nie wzmaga świecenia się twarzy, lekko matuje;
  • nie zostawia śladów, np na telefonie czy ubraniach;
  • nie podkreśla suchych skórek;
  • zawiera filtr przeciwsłoneczny.
Odnalezienie idealnego podkładu utrudnia fakt, że wystarczają na tak długo (mi podkład wystarcza na ponad rok - przynajmniej), poza tym są dość drogie. Nie mamy więc możliwości kombinować jak z żelami pod prysznic czy innymi, w miarę szybko zużywającymi się kosmetykami. A więc gdy już kupię sobie podkład, to męczę się z nim przez rok albo i dłużej. Obecnie używam L'Oreal True Match w odcieniu Vanilla, jest naprawdę niezły, poza tym że, jak zwykle, nie do końca trafiłam z kolorem, wg mnie ma za dużo różowych tonów. Nałożony z umiarem, wygląda nieźle, jednak gdy potrzebuję większego krycia i nałożę nieco więcej, cera nabiera nienaturalnego odcienia. Póki co jednak zamierzam go zużyć, tym bardziej, że zazwyczaj stosuję podkład z umiarem, cienką warstwą, do tego nie stosuję go codziennie. 
Jakie podkłady polecacie?

To tyle świętych Graali na dziś, może powiecie coś o Waszych poszukiwaniach, a może polecicie coś ze swoich odkryć? :)

środa, 21 listopada 2012

Pharmaceris T Sebo-Micellar - Płyn micelarny

Dziś chciałabym przedstawić kosmetyk, który jakiś czas temu wzbudził moje ogromne zainteresowanie. Przez długi czas sądziłam, że płyny micelarne są zbędne, potem dorwałam Vichy na promocji i uznałam, że są mi jednak potrzebne ;) Zużyłam dwie butelki i pomyślałam, czemu by nie spróbować czegoś nowego?
Na kanale YT FlorenceBeauty obejrzałam bardzo interesujący filmik na temat dobrych, polskich kosmetyków oraz na temat pielęgnacji cery tłustej i mieszanej. W obu filmikach pojawił się ten właśnie płyn od Pharmaceris.

Płyn micelarny T do delikatnego oczyszczania i demakijażu twarzy


Od producenta
Płyn zawiera wyciąg z łopianu, biotynę, jony cynku oraz kwas migdałowy. Przeznaczony dla skóry trądzikowej. Hypoalergiczny.




 Obietnice
- oczyszcza skórę przetłuszczającą się, trądzikową, z zaskórnikami
- usuwa makijaż
- normalizuje wydzielanie sebum
-  działa antybakteryjnie
- hamuje rozwój trądziku
- działa przeciwzapalnie
- poprawia nawilżenie 


Dlaczego kupiłam?
Gdyby nie kanał FlorenceBeauty, dziewczyny z podobnym typem cery do mojej, do tego rozsądnie podchodzącej do kwestii urody (a nie kupującej i stosującej wszystko, co popadnie, co jest w promocji, albo jest nowością), pewnie nie kupiłabym tego płynu. 
Pojawił się już w poście o moich zakupach z Polski poczynionych we wrześniu KLIK
Osobiście unikam kosmetyków opatrzonych słowami "do skóry trądzikowej". Kojarzą mi się z alkoholowymi, wysuszającymi kosmetykami śmierdzącymi alkoholem i pełnymi mocnych detergentów. 
Gdy usłyszałam jednak, że jest to produkt delikatny, dobrze oczyszczający i w dodatku zawierający sporo dobroczynnych składników i to polskiej produkcji, postanowiłam spróbować 

Moja opinia
Pierwsze, co zauważyłam, to naprawdę ładny, świeży i delikatny zapach. Coś roślinnego, świeżego i bardzo subtelnego. 
Po zastosowaniu nie odczułam żadnego ściągnięcia, podrażnienia ani pieczenia, a tego się trochę obawiałam. Nie pozostawił też tłustej warstwy.
Płyn świetnie odświeża i oczyszcza skórę. Dobrze zmywa wszelkie zanieczyszczenia i makijaż, przynajmniej mój, dodam, że nie maluję się zbyt mocno. Pozostawia skórę czystą i odświeżoną, bez uczucia ściągnięcia czy tłustej warstewki. Nie ma więc obaw, ze podrażni czy wysuszy wrażliwą cerę, moja jest bardzo wrażliwa, ale takich efektów ubocznych nie zauważyłam. 
 Producent nie wspomina nic o demakijażu oczu, myślę, że tego typu płyn raczej się do tego nie nadaje. Ja i tak stosuję osobny płyn do demakijażu oczu, więc dla mnie to żaden minus. 

Co z walką z niedoskonałościami?
Na pewno porządnie (i delikatnie!) oczyszczona cera będzie miała mniej niedoskonałości. Do tego płyn ten zawiera dużo dobroczynnych ekstraktów, świetnych dla tych z nas, które walczą z trądzikiem czy zaskórnikami. Zawiera m.in. kwas migdałowy, cynk biotynę, do tego ekstrakt z łopianu. 
Tu można zerknąć na skład:


Moja cera jest ostatnio w naprawdę dobrym stanie. Może nie jest to w 100% zasługa tego płynu, reszta mojej pielęgnacji jest równie dobrze dobrana do moich potrzeb, np moja skóra kocha żel do mycia twarzy Sanoflore ,o którym nie tak dawno pisałam  RECENZJA oraz niezapychający, lekki krem nawilżający (obecnie Avene Hydrance Optimale Legere SPF 20 - recenzja wkrótce). 
Myślę, że płyn w jakimś stopniu pomógł, dawno nie miałam żadnych większych niespodzianek na twarzy, zaskórników też jest jakby mniej. Na pewno może być doskonałym uzupełnieniem pielęgnacji cery tłustej i mieszanej, pomoże w ograniczeniu wszelkich nieprzyjaciół. Nadaje się nawet do skóry wrażliwej, czy mieszanej w kierunku suchej. Moja cera w okresie jesienno-zimowym lubi się przesuszać, jest wrażliwa, a mimo to nie zaobserwowałam u siebie żadnych przykrych skutków stosowania tego płynu. 
Stosuję go zarówno do usuwania makijażu, jak i do odświeżenia i oczyszczenia twarzy w ciągu dnia, nawet gdy makijażu nie nakładam. 



Czy są jakieś minusy?
Szczerze mówiąc, nie zauważyłam. Jedyną rzeczą, która mogłaby przemawiać na korzyść płynu micelarnego Vichy jest to, że Vichy (być może dzięki zawartości wody termalnej?) jakby dodatkowo nawilża i koi cerę a ten tego nie robi. Z drugiej strony, na dłuższą metę przy stosowaniu Vichy cera wcale nie jest lepiej nawilżona, jest to efekt "na teraz", po prostu po przemyciu twarzy mamy wrażenie, że jest lekko nawilżona, trochę tak, jakby spryskać ją wodą termalną. 
W przypadku Pharmaceris T mamy za to działanie anty-zaskórnikowe i przeciwdziałanie niedoskonałościom. Trudny wybór ;) Myślę, że będę wracać i do Vichy, i do tego płynu, może na zmianę.

Podsumowując:
Jest to świetnie oczyszczający i odświeżający płyn do oczyszczania twarzy i zmywania makijażu. Nie trzeba się obawiać agresywnego, przeciwtrądzikowego działania, nawet wrażliwcy mogą spróbować. Na pewno pomaga w walce z niedoskonałościami, choć oczywiście stanowi tylko część pielęgnacji, sam w sobie nie zdziała cudów. Polecam spróbowanie wszystkim tym, którzy mają tłustą i mieszaną cerę i walczą z wypryskami, zaskórnikami itp. 

Wydajność
Stosuję go od ponad miesiąca i zużyłam jakieś 60%, a więc - wydajność standardowa. Na pewno wystarczy na 2 miesiące, może nieco dłużej. 

Cena
około 21-28zł (ja kupiłam za 22zł w promocji)

Dostępność
Apteki, SuperPharm, internet



poniedziałek, 19 listopada 2012

Yankee Candle - let's try it out! :)

I teraz wyjdzie, że jednak ulegam modom ;) Ale tylko niektórym! Moda na Yankee Candle zwróciła moją uwagę z nadejściem jesieni, gdy sama zaczęłam mieć ochotę na takie umilacze chłodnych wieczorów. Kupowałam mnóstwo różnych świec, ale bardziej dla dekoracji - bo nie ukrywajmy, większość z nich pachnie tylko w słoiku. Mimo wszystko, gdy przyjrzałam się bliżej Yankee Candle zniechęciła mnie ich naprawdę wysoka cena. Nawet jeśli palą się długo i pięknie pachną, to w chwili obecnej nie mam ochoty wydać 80zł na świecę. Choć nie ukrywam, że kusi ;)

Większe zainteresowanie wzbudziły u mnie dopiero woski - po pierwsze, jest to ciekawa forma, ni to świeca, ni to olejek zapachowy. No i cena - jestem skłonna pozwolić sobie od czasu do czas na drobną przyjemność za 6 zł (to przecież mniej, niż jakikolwiek ciepły napój w kawiarni i tyle, ile kosztują 2 tabliczki czekolady), niż wydać jednorazowo 80zł. Postanowiłam więc - od dziś zamiast czekolady mogę pozwolić sobie na kilka nowych wosków co miesiąc, a co, wszystko może być źródłem motywacji ;) Do tego dzięki woskom można bezboleśnie dla portfela wypróbować wiele zapachów YC, a nie tylko jeden czy dwa poprzez kupienie dużej świecy.
Kiedyś kupowałam kadzidełka, ale obecnie korzystam z nich tylko w lecie, przy otwartych oknach. Dym i moje obawy dotyczące jego szkodliwości skutecznie zniechęcają. Kupuję czasem również olejki zapachowe, niestety, często nie pachną one zbyt intensywnie albo pachną bardzo chemicznie.

Natomiast woski...no cóż, spróbowałam i ja, i muszę powiedzieć, że pachną przepięknie. Oczywiście zapachów jest mnóstwo więc nawet jeśli część nam się nie podoba, to zostaje jeszcze mnóstwo innych do wyboru. Np ja nie przepadam za zapachami typowo waniliowymi, są dla mnie za słodkie, nie lubię też takich typowo "świeżych", bo często kojarzą mi się z kostką do toalety albo z męskimi perfumami. Mimo wszystko, YC ma mnóstwo zapachów na które mam ogromną ochotę. 

Na początek wybrałam się do sklepu Yankee Candle tu gdzie mieszkam, ponieważ nie chciałam zamawiać w ciemno, ani też robić jakichś większych zakupów zanim nie wypróbuję choć jednego.
Kupiłam dwa, już je wykorzystałam, więc zdjęcia będą niestety tylko z internetu:


źródło: dooyoo.co.uk

www.scentedcandleshop.com

Jak widzicie, sięgnęłam po chyba najbardziej znany i lubiany zapach Soft Blanket. Muszę powiedzieć, że rzeczywiście coś w nim jest - trudno określić, co to za zapach, z jakich woni się składa...Ważniejsze są skojarzenia. A mi ten zapach kojarzy się z czymś delikatnym, trochę jak cieplutki, przytulny pokój z łóżkiem zasłanym świeżo upraną pościelą i delikatnymi perfumami w powietrzu. Nie wyczuwam w nim typowej słodyczy, nuty korzennej ani kwiatów...dla mnie pachnie właśnie tak, jak opisane powyżej miejsce, bardzo ciepło.

Drugi zapach Winter Wonderland wybrałam, ponieważ wąchając go w sklepie odniosłam wrażenie, że skądś go znam...Nieodparcie przypominał mi jakiś dobrze znany, przyjemny zapach, ale do teraz nie mogę sobie przypomnieć co to konkretnie może być. Jeśli chodzi o skojarzenia, to przywołuje mi na myśl ciepły dom, do którego wracamy w zimowy wieczór, dom przepełniony zapachem świeżego ciasta, herbaty i owoców cytrusowych. Nie jest ani typowo słodki, ani typowo cytrusowy, ma w sobie trochę tego i tego, z domieszką takiego "domowego", ciepłego zapachu, może odrobiny jakiejś przyprawy? Ciekawa, udana kompozycja.

Jeśli chodzi o wrażenia z palenia, to pozytywnie zaskoczył mnie brak chemicznych woni w zapachach - nie ma udawanych truskawek czy wanilii, są takie przyjemne zapachy kojarzące się z domem, na pewno nie przyprawią nas o ból głowy.
Muszę jednak powiedzieć, że spodziewałam się odrobinę intensywniejszych zapachów, choć i  tak nie powinnam narzekać, bo pachną znacznie dłużej i mocniej niż przeciętne świece zapachowe czy olejki.
Swój wosk połamałam na 3-4 części i paliłam po kawałku, za każdym razem zapach był wyczuwalny przez około 1,5-2 godzin. Po powtórnym zapaleniu niestety już nie czułam zapachu, ale w sumie producent obiecuje 8 godzin, więc cały wosk palił się mniej więcej tyle, jeśli dodamy wszystko do siebie.
Zapach może nie wypełnił całego domu, ale mały pokój jak najbardziej. Kominek ustawiony w dużym, ok 20m kw. pokoju był wyczuwalny w promieniu jakichś 2 metrów ;)
Ogromnym plusem jest to, że nawet po wypaleniu, gdy wydaje się, że zapachu już dawno nie ma, wciąż możemy wyczuć delikatną woń wracając do mieszkania. Nie ma zapachu smażenia itp. który czasem osadza się w mieszkaniu, tylko właśnie taka delikatna, ledwie wyczuwalna woń wosku.Potem już jej nie czujemy, ale miło coś takiego poczuć wchodząc do domu :)

 Nabrałam ogromnej ochoty na więcej, tym razem postanowiłam wybrać te intensywniejsze zapachy.
Zrobiłam zamówienie w sklepie CandleRoom, które odbiorę będąc w PL na święta.
Oczywiście nie mogąc się doczekać, udałam się po raz kolejny do YC i kupiłam kilka wosków. Niestety, tutaj są nieco droższe niż w PL bo kosztują 1,90 Euro, czyli mniej więcej 8 zł.

Oto moje zdobycze:

Wzięłam BahamaBreeze, bo w opakowaniu pachnie prześlicznie, trochę słodko, ananasowo, ale z dodatkiem czegoś świeżego...Ma charakterek ;)
Pozostałe zapachy to takie ciepłe, trochę korzenne zapachy w sam raz na zimę. Mamy: Mandarin Cranberry, Sparkling Cinammon (już w opakowaniu powala zapachem, boję się, co będzie po zapaleniu, udusi nas chyba, w pozytywnym sensie :P) oraz Camomile Tea która ma przepiękny zapach herbaty z cytryną, czegoś korzennego i jakby odrobiny wanilii...Wszystkie wydają się być nieco bardziej intensywne niż poprzednio wypróbowane, a więc zobaczymy :)

Za jakiś czas na pewno pojawią się recenzje :)

niedziela, 18 listopada 2012

Ziaja - Maska Intensywne Wygładzanie + baza danych nt. polskich marek kosmetycznych

Ziajowa maska Intensywne Wygładzanie dość często pojawia się na blogach, często też jest obiektem pożądania i celem poszukiwań, ponieważ dość trudno ją spotkać stacjonarnie. Oczywiście, taka sytuacja sprawiła, że zaczęłam myśleć, że skoro tak, to ta maska musi być rewelacyjna i sama dopisałam ją do swojej wishlisty (która wtedy istniała jeszcze tylko w mojej głowie ;)). 

Nie jestem fanką zakupów przez internet, no chyba, że są to kosmetyki naprawdę nigdzie niedostępne i do tego jestem przekonana, że niczego podobnego nie dostanę w drogerii/aptece. Tak było w przypadku rosyjskich kosmetyków, które dość niedawno sobie zamówiłam i czekają na mnie w domu na mój przyjazd :) Jednak i w tym przypadku, najpierw udało mi się upolować kilka rzeczy stacjonarnie w sklepie zielarskim i dopiero wtedy zdecydowałam się zamówić coś więcej.
Najpierw więc zrobiłam wywiad lokalny i udało mi się zdobyć tą maskę w jednym z poznańskich sklepików, a więc nie wahałam się zbyt długo, biorąc pod uwagę pozytywne opinie, jej cenę (ok 7zł) oraz fakt, że jest takim niedostępnym obiektem pożądania :P

Maska prezentuje się tak:

Opakowanie jest dość duże, podoba mi się jej prosty, skromny wygląd, podobny do większości produktów Ziai.

Zawartość jest dość rzadka, ale bez przesady - nie ścieka z włosów, o ile nie nałożymy jej zbyt wiele. Ogólnie wolę gęstsze maski, chyba przyzwyczaił mnie do tego Biovax, ale nie jest to wielki minus. 

Zapach - nieokreślony, typowo kosmetyczny, nie jestem jego fanką, ale nie jest też nieprzyjemny. W sumie wolę takie zapachy niż np nieudaną, chemiczną wanilię czy kokosa.

Maskę nakładamy na 3-5 minut po czym spłukujemy. Ja nie lubię tak po prostu czekać na zmycie maski, więc zawsze nakładam czepek i spłukuję dopiero po 5-10 minutach.
Obietnice producenta
Możecie zerknąć na zdjęcie powyżej, ale w skrócie producent obiecuje, że maska wygładzi włosy, nada im blasku, nawilży i sprawi, że będą miękkie. Myślę, że większość tych obietnic się sprawdza, z małym ale...Ale - o tym później.

Działanie
Trudno mi jednoznacznie powiedzieć, czy ta maska działa, czy też nie. 
Jeśli chodzi o efekty po zmyciu - jest naprawdę super. Włosy są wygładzone, ale nie obciążone czy oklapnięte. Mam włosy lekko falowane i po zastosowaniu tej maski fale naprawdę ładnie się układają. Włosy pięknie błyszczą, są miękkie i przyjemne w dotyku. Na pewno ograniczone jest puszenie się, nie ma efektu siania. 
Dlaczego więc nie mogę jednoznacznie powiedzieć, że jest to genialny kosmetyk i każdy musi go mieć?
Otóż moim zdaniem ta maska nie daje żadnych długofalowych efektów. Włosy są piękne do następnego mycia, potem już jest normalnie. Wiadomo, że nawet najlepsze maski dają większe rezultaty dopiero po jakimś czasie. Dlatego też nie zniechęcałam się i stosowałam ją regularnie 1-2 razy w tygodniu. Dobiegam już do końca opakowania, ale nie zauważyłam, żeby ten kosmetyk coś zmienił w stanie moich włosów.
Obecnie są w całkiem niezłej kondycji, ale większą różnicę zauważyłam dopiero po tym, jak zaczęłam stosować inną odżywkę do włosów. Ta maska w moim odczuciu nie zmieniła nic, działa tylko doraźnie. A zadania nie miała trudnego, bo jestem raczej zadowolona ze stanu moich włosów, nie są bardzo zniszczone, nie farbuję ich....
Maska obiecuje ochronę włosów - myślę, że to również robi tylko do następnego
 mycia, dzięki zawartości silikonów. 

Pewnie zapytacie również, czy nie obciąża. Po umyciu rano i zastosowaniu maski moje włosy pozostają świeże i wyglądają dobrze do wieczora. Kolejnego dnia jednak wymagają już umycia. Jeśli myjemy włosy codziennie, to nie problem, natomiast ja ostatnio staram się myć włosy co drugi dzień i niektóre odżywki czy maski (np Biovax) ani trochę mi w tym nie przeszkadzają, włosy kolejnego dnia wyglądają jeszcze ok. Natomiast w przypadku tej maski niestety to nie wychodzi.

A więc, podsumowując - jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona tym, jak wyglądają moje włosy po zastosowaniu tej maski. Nie mogę jednak stosować jej codziennie, jak odżywki, natomiast jako maska wg mnie się nie sprawdza. Od maski oczekuję czegoś więcej, niż od odżywki - oczekuję poprawy stanu włosów, wzmocnienia itp a nie tylko chwilowych rezultatów. Maski Biovax sprawiają, że moje włosy są naprawdę zdrowsze i mocniejsze i chyba przy nich pozostanę. Do tego Biovax nigdy nie obciąża moich włosów.

Nie nazwałabym jednak tej maski bublem. Myślę, że może naprawdę dobrze się sprawdzić jako taka maska stosowana np. 1-2 razy w tygodniu przed jakimś wyjściem. Mamy wtedy pewność, że włosy będą wyglądać dobrze, będą lśniące i bez problemu się ułożą. W takiej sytuacji, po większym wyjściu czy imprezie zazwyczaj kolejnego dnia i tak musimy umyć włosy. 
Nie traktowałabym jej jednak jako kuracji dla włosów, warto oprócz niej nałożyć raz w tygodniu naprawdę odżywczą, wzmacniającą maskę która przyniesie prawdziwe efekty. 
A więc - jako kuracji do włosów nie polecam, polecam natomiast jako zastępstwo dla odżywki w dni, gdy czeka nas jakieś wyjście, impreza, ważne spotkanie.

Czy odkupię? Nie jestem pewna. Nie lubię kupowania milionów kosmetyków do włosów, chcę mieć odżywkę, która sprawi, że włosy będą dobrze wyglądać i bez problemu będę mogła je rozczesać oraz maskę, która odżywi, wzmocni i zregeneruje moje włosy. Obecnie posiadam takie dwa kosmetyki i spełniają moje oczekiwania,  dlatego nie jestem pewna, czy wrócę do tej Ziajowej maski. Ale kto wie, może kiedyś :)
Wydajność
Jak na maskę o dość rzadkiej konsystencji, wydajność jest bardzo przyzwoita. Trudno mi powiedzieć, na jak długo wystarczy, to na pewno zależy od długości włosów. Ja na początku stosowałam ją dość nieregularnie, potem raz w tygodniu i wystarczyła na dobrych kilka miesięcy. Myślę, że stosowana regularnie 1-2 razy w tygodniu właścicielkom dość długich włosów spokojnie wystarczy na około 2 miesiące. Dodam jednak, że ja nie nakładam ogromnych ilości maski na włosy, nakładam tylko wystarczająco, trochę więcej, niż zwykłej odżywki.

Cena
 ok 7zł
Dostępność
Z tym jest różnie, polecam szukanie w małych drogeriach, na pewno równie można ją zakupić w sklepach internetowych.

------------------
Ogłoszenie parafialne:
Baza danych nt. polskich marek kosmetycznych

Autorka bloga Make-up Stories wpadła na pomysł o stworzeniu bazy danych na temat polskich marek kosmetycznych. Baza ma zawierać nasze opinie, które firmy i kosmetyki polecamy, do których nie mamy zaufania, co chciałybyśmy zmienić w polityce polskich marek. Taka baza przyda się na pewno nam samym (chętnie poczytam jej wyniki, gdy ankieta dobiegnie końca), ale ma również trafić do polskich firm. Może uda nam się coś pożytecznego zasugerować, może taka baza opinii do czegoś się przyda? Spróbować nie zaszkodzi. Mnie osobiście ten temat bardzo interesuje, sama już wypełniłam ankietę, jeśli jesteście zainteresowane to znajduje się ona tutaj:
ANKIETA

piątek, 16 listopada 2012

Balea makaronikowo-ciasteczkowa

Do tej pory nie robiłam recenzji żadnego żelu pod prysznic, myślałam, że wystarczy napisać o każdym z nich kilka zdań podczas comiesięcznego projektu denko. Pomyślałam jednak, że warto napisać coś więcej na temat dwójki żeli, które ostatnio robią taką furorę na blogach i chyba każda z nas albo je miała, albo planuje kiedyś wypróbować. 

Oto dzisiejsi bohaterowie:


Kupiłam je już jakiś czas temu i z przyjemnością zużyłam oba. Oczywiście, zakup był spowodowany całym szumem, który powstał wokół żeli Balea, a szczególnie wokół tej pary, gdy tylko pojawiły się w sklepach :)
A więc - z całą pewnością nie było to moje odkrycie ;)

Zazwyczaj jeśli o czymś jest bardzo głośno, to z czasem zniechęca mnie to do spróbowania, i zazwyczaj albo wcale nie kupuję takiego produktu, albo robię to znaaacznie później niż inni. W tym jednak wypadku było inaczej - słodkie, "jedzeniowe" zapachy i urocze opakowania to coś, co kocham, do tego za 65 centów można zaryzykować. Poza tym, każdy zakupiony żel pod prysznic da się zużyć i na każdy przyjdzie kiedyś kolej ;) Wszystko razem spowodowało, że czym prędzej odwiedziłam DM i zaopatrzyłam się w te oto urocze buteleczki, 300 ml każda.

Jak już kiedyś wspominałam, moimi faworytami jeśli chodzi o żele pod prysznic są produkty Nivea. Ładnie, stonowane zapachy, kremowa konsystencja, brak efektu wysuszenia czy ściągnięcia, przyzwoita wydajność, estetyczne opakowania. Po wypróbowaniu  i rozczarowaniu sporą ilością żeli które pachniały strasznie sztucznie (Original Source),były mega niewydajne (Isana) i/albo wysuszały moją skórę (Palmolive, Fa), przez jakiś czas kupowałam praktycznie tylko żele Nivea, czasem tylko zdradzając je z Ziają albo żelami z wyższej półki, jeśli dorwałam je w jakiejś promocji (np Klorane).
Nadeszła jednak zima i nie potrafiłam oprzeć się ciasteczkom na opakowaniu i słodkim zapachom ;)
I nie żałuję!

Po pierwsze, cena tych żeli to jakiś żart. Pozytywny żart, oczywiście ;) 65 centów to przecież mniej niż 4 zł, a opakowanie jest nieco większe niż standardowe, bo zawiera 300 ml żelu. W Polsce chyba nigdzie nie spotka się żelu w takiej cenie, nawet Ziaja wychodzi nieco drożej, nie liczę tutaj kosmetyków biedronkowych czy z Lidla, bo jakoś nie mam do nich zaufania, a ich zapachy też nie powalają.

Do tego - co za zapachy!
Pierwsza wersja to czekolada i figa. Pachnie dość intensywnie taką gorzką, a może deserową czekoladą, wyczuwam tez nuty owocowe, ale czekolada dominuje, czuć też coś jakby kokosa w tle. Zapach się nie nudzi, pod prysznicem jest dość intensywny, choć na ciele nie pozostaje. Tego akurat od żelu nie oczekuję, szczególnie, jeśli chcę potem zaaplikować balsam czy masło do ciała o zupełnie innym zapachu.
zdjęcie: www.niam.pl

Druga wersja, migdał i wiśnia, jest jeszcze lepsza, powaliła mnie na kolana, ponieważ pachnie jak rogal marciński albo jak rolada makowa mojej mamy. Pewnie dlatego, że oba te wypieki zawierają migdały oraz aromaty migdałowy. Natychmiast po otworzeniu butelki mam przed oczami wyżej wspomniane słodkości, pełne maku, migdałów i rodzynek. Nie wyczuwam cienia sztuczności, zapach pod prysznicem jest intensywny, choć podobnie jak poprzedni, nie utrzymuje się zbyt długo na skórze.Migdał wyczuwalny jest znacznie bardziej niż wiśnia, ale wiśnię też można wyniuchać i powstała kompozycja jest genialna - słodka i ciepła, ale nie mdląco słodka czy nudna.
Ze względu na skojarzenia jakie przywołuje, wersja migdałowa jest moim faworytem i na pewno ją odkupię.
Jest to idealny poprawiacz humoru w chłodne dni, a w okresie świątecznym będzie idealny, przynajmniej w mojej rodzinie to właśnie wtedy je się makowca :)
Taki mam obraz przed oczami, gdy myję się tym żelem ;)

zdjęcie: dwiechochelki.pl

Kupując te żele, kierowałam się zapachem i wiele nie oczekiwałam, oczekiwałam raczej Isanowej, czyli średniej jakości, może nawet lekkiego wysuszenia.
Dlatego też bardzo pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że Balea wcale nie wysusza skóry, a na pewno nie bardziej niż droższe żele. Nie czułam ściągnięcia ani swędzenia na łydkach, co zdarzało mi się po Isanie i Fa.
Do tego - wydajność jest naprawdę przyzwoita, pomimo nieco rzadkiej konsystencji, tym bardziej, że dostajemy aż 300ml. Żel ma barwę kremową, nieprzezroczystą i jest nieco lejący. Pieni się dobrze, aczkolwiek nie jest to taka gęsta, kremowa piana jak w przypadku Nivea. W niczym to jednak nie przeszkadza i nie zmniejsza wydajności produktu.
Podsumowując - jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Zapachy mnie zachwyciły, szczególnie wersja migdałowa, nie ma w nich odrobiny sztuczności. Do tego mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że odkryłam żel za poniżej 4 zł, który jest wydajny i nie przesusza skóry. Może jedynie wolałabym nieco gęstszą konsystencję, do której przyzwyczaiła mnie Nivea, ale nie można wymagać za wiele - Balea kosztuje tutaj 65 centów/300 ml a Nivea 1,55 E za 250ml. A wydajnością czy właściwościami pielęgnacyjnymi znacznie się nie różnią, nie mówiąc już o zapachu.

Na pewno wrócę jeszcze do wersji migdałowej i pewnie wypróbuję więcej żeli z Balei. Muszę jednak powiedzieć, że nie wszystkie zapachy aż tak zachwycają, wybór jest jednak ogromny i każdy może znaleźć coś dla siebie. 
Obecnie w kolejce czeka czekoladowa Balea Young oraz dwie Ziaje, w tym jedne Maziajki :) Nivei też na pewno nie porzucę, ale cieszy mnie, gdy odkrywam coś, czym mogę ją zastąpić od czasu do czasu, bo w końcu żele pod prysznic to kosmetyki, które lubimy zmieniać i testować.

A Wy jakie macie wrażenia po wypróbowaniu tych żeli? Jeśli jeszcze nie miałyście okazji, to czy kuszą Was takie zapachy?




środa, 14 listopada 2012

herbaciano-niekosmetycznie cz. 2

Przyszedł czas na część drugą moich herbacianych opowieści :) Część pierwsza TU
Ostatnio pisałam o herbatach zielonych oraz jednej herbatce Oolong. Herbaty zielone pijam najczęściej, trochę zamiast kawy - kawa jest dla mnie za mocna, po wypiciu trzęsą mi się ręce, nie mogę się skupić, natomiast herbata zielona świetnie pobudza, pomaga w myśleniu, pracy. 
Nie gardzę jednak i herbatą czarną, ale czarna działa na mnie trochę inaczej. Pijam ją dla relaksu, gdy chcę się rozgrzać, bo właśnie czarna herbata działa na mnie relaksująco, zwalcza ból głowy spowodowany zmęczeniem, do tego świetnie pasuje do słodkiej przekąski. Piję ją zazwyczaj nie częściej niż raz dziennie i dlatego też posiadam jej mniej, niż zielonej. Pomyślałam więc, że w tym poście przedstawię również herbaty ziołowe, owocowe, kwiatowe :)

 Herbaty czarne

Zacznę od mojego ostatniego odkrycia:

Lipton Jabłko i figa
 

Nie przepadam za herbatami zielonymi w saszetkach, ale w przypadku czarnych aż tak bardzo mi to nie przeszkadza. Uważam, że herbaty czarne w wydaniu Liptona są całkiem udane, są smaczne a ich aromaty są naturalne i pachną intensywnie. Ostatnio po raz pierwszych kupiłam ten rodzaj i okazał się strzałem w dziesiątkę - piękny świeżo-słodki zapach jabłka, figa również lekko wyczuwalna. Pomysłowe połączenie tych dwóch owoców jest w tym przypadku bardzo udane. W smaku herbaty wyczuwamy delikatny posmak jabłka. Doskonała herbatka na chodne dni.
Niestety, opakowanie jest już prawie puste :(

Lipton Owoce Leśne

Kolejna herbatka Liptona. W tym przypadku zapach jest naprawdę piękny i intensywny, po zaparzeniu rozchodzi się po całym pokoju. Delikatny, świeży smak. Między innymi za to lubię Liptona, że ich herbata po zaparzeniu nie daje efektu "smoły", czyli takiego gęstego, bardzo mocnego, gorzkiego naparu. Napar jest bardzo klarowny, smak delikatny.

Dilmah Blackcurrant

Herbaty Dilmah to herbaty cejlońskie. Dodam, że herbata cejlońska charakteryzuje się tym, o czym pisałam w przypadku herbat Liptona - daje klarowny, aromatyczny, przejrzysty, delikatny napar a nie gorzką, mocną smołę o słodkawym zapachu, czy też "siekierę", jak nazywa taką herbatę mój tata ;) . Takie bardzo smoliste są np herbaty Assam, nie przepadam za tym gatunkiem, bo nawet jeśli zaparzamy je nie dłużej niż minutkę, to natychmiast mamy taki smoliście czarny napar. Z czymś takim kojarzy mi się również Saga, ale kto wie, co ona zawiera ;)
Wracając do bohaterki zdjęcia - jest to herbata o aromacie czarnej porzeczki. Aromat jest intensywny, wyczuwalny, czujemy prawdziwą, słodko-kwaśną porzeczkę. Trochę przypomina zapach landrynek :) Lubię, ale moją faworytką wśród herbat Dilmah (jak dotąd - jeszcze wszystkich nie wypróbowałam) jest wersja Lychee. 

Ostatnią herbatą czarną, którą obecnie posiadam, jest moja ukochana herbatka

Wiśnie w rumie

Jest to herbata na wagę zakupiona w sklepie Czas na herbatę. Dla Poznanianek - ich sklep znajduje się np w Starym Browarze, ale z tego co wiem, jest również w innych miastach, poza tym, często rodzaje herbat powtarzają się w sklepach różnych firm. Wypiłam jej już naprawdę sporo, ostatnio przywiozłam sobie mały zapas będąc na weekend w Polsce. 
Zapach tej herbaty powala...Ciepły, lekko słodki, ale nie mdły. O ile praktycznie nigdy nie kupuję czarnych herbat na wagę, to do tej zawsze wracam. Czujemy w niej rum i coś jakby kandyzowane wiśnie. Już sam zapach rozgrzewa i poprawia humor, do tego herbatka jest przepyszna! Idealna na chwilę relaksu w chłodny wieczór, sama lub do czegoś słodkiego. Raczej nie kupuję tej herbatki w lecie, natomiast gdy tylko nadchodzą chłodniejsze dni, natychmiast zaczynam za nią tęsknić, tak było i w tym roku ;)
Już żałuję, że nie kupiłam więcej, chyba będzie to taka moja herbatka na specjalne okazje... ;)

Inne herbaty

Sama nazwa kategorii brzmi dość zagadkowo, ale chciałam w ten sposób określić wszystkie moje herbaty, które tak naprawdę...herbatami nie są. Nie zawierają bowiem listków herbacianych, tylko są skomponowane z ziół, kwiatów, suszonych owoców...

Ogólnie nie przepadam za 100% owocowymi herbatami, są takie jakby...kwaśne i bez wyraźnego smaku. Lubię za to ziołowe lub te z dodatkiem owoców.

Herbata chryzantemowa



Po raz pierwszy spróbowałam tej herbaty w londyńskim China Town i zaintrygował mnie jej wygląd - kwiaty chryzantemy unoszące się na wodzie a także jej aromat i delikatny smak.
Potem przez dłuuugi czas nie miałam do niej dostępu aż mniej więcej rok temu dostałam ją w prezencie od mojego chińskiego znajomego. Tak ją polubiłam, że kupiłam ponownie będąc w Chinach.
Herbata składa się z zasuszonych, drobnych kwiatków które zalewa się gorącą wodą. Najlepiej pić ją w przezroczystej szklance tak, aby móc podziwiać rozwijające się kwiatuszki pływające w wodzie, wygląda to naprawdę uroczo. Dlatego też chryzantemy nie zaparza się w zaparzaczach, które później należałoby wyjąć z kubka czy filiżanki - kwiaty pozostawia się w szklance. Oczywiście oznacza to, że pijąc trzeba nieco uważać, aby nie zjeść kilku kwiatków, ale to nic w porównaniu ze ślicznym widokiem ;)

Herbatka chryzantemowa uznawana jest za bardzo zdrową. Jest bogata w witaminy, nieco ochładza organizm co pomaga w przypadku gorączki czy bólu głowy. Ma również właściwości detoksykujące, dlatego wspomaga pracę wątroby, obniża poziom cholesterolu, wspomaga układ krążenia. Podobno wpływa również korzystnie na cerę. 
Oczywiście, tylko regularne picie tej herbaty może coś zdziałać, niemniej jednak miło o tym wiedzieć :)
Sam smak jest bardzo delikatny, trudno go do czegoś porównać. Lubię pić tą herbatkę wieczorem, gdy chcę się zrelaksować i nie chcę już zaparzać niczego pobudzającego.
Rumianek

Zawsze lubiłam rumianek jako składnik szamponów i odżywek do włosów, albo dodatek do kąpieli, nigdy jednak nie myślałam o nim jako o napoju. Do czasu, gdy nie zaczęłam uczyć dwójki dzieci, których mama przed każdą lekcją podawała mi filiżankę zaparzonego rumianku. Dopiero wtedy zauważyłam, że może to być naprawdę pyszny napój, do tego działa wyciszająco i wspomaga trawienie. Często jest tak, że mam ochotę na wypicie czegoś ciepłego, ale jest już np przed północą i picie pobudzającej zielonej herbaty mogłoby nie być najlepszym pomysłem...Wtedy właśnie sięgam po rumianek którego zapach i smak bardzo mnie relaksuje, uspokaja, do tego może pomóc w trawieniu. Czytałam nawet, że rumianek może pomóc, jeśli mamy skłonności do bóli żołądka na tle nerwowym. 
Ja lubię rumianek w czystej postaci, ale jeśli ktoś za nim nie przepada, lub ma ochotę na odmianę, to polecam np. posłodzenie go odrobiną miodu i dodanie plasterka cytryny. Miód oczywiście dodajemy dopiero po chwili, nie do wrzątku, ponieważ wtedy traci swoje dobroczynne właściwości :) 
Pity w takiej formie może pomóc w trakcie przeziębienia, podobno łagodzi również ból gardła, obniża gorączkę.


Mięta

Mięty nie piję tak często, jak rumianku. Sięgam po nią częściej w lecie, ze względu na jej odświeżający smak, czasem robię sobie też herbatę mrożoną z dodatkiem mięty. Lubię jednak mieć opakowanie herbatki miętowej w domu nawet w zimie, ponieważ bardzo pomaga w przypadku lekkiej niestrawności. Podobno mięta wpływa również pozytywnie na przemianę materii.
Swoją drogą, świeże liście mięty są świetną przyprawą np w potrawach kuchni wietnamskiej i innych kuchni orientalnych :)

Herbatka na nerwy ;)

Zazwyczaj w tym celu kupuję melisę, jednak jakiś czas temu, będąc w Hiszpanii, natknęłam się na targ uliczny, gdzie sprzedawano przeróżne zioła, przyprawy i herbaty na wagę. Nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie wzięła ;) Nazwa (na szczęście wiele słów hiszpańskich przypomina angielskie, więc mogłam się domyślić :P) wskazywała, że jest to herbata na bezsenność i nerwy. Mam naturę ciągłego zamartwiacza, wszystkim przejmuję się 10 razy bardziej niż inni, a więc jeśli dzieje się coś złego - nie mogę spać, dzieje się coś dobrego - jestem tak podekscytowana, że również nie mogę spać :P  Z wiekiem trochę mi się polepsza, ale wciąż są takie noce, że potrzebuję drobnej pomocy, aby zasnąć ;)
Po przetłumaczeniu nazw składników dowiedziałam się, że herbatka zawiera melisę z dodatkiem innych ziół, między innymi trawy cytrynowej. Niestety, zaginęło oryginalne opakowanie więc wszystkich składników nie podam. Smakuje nieco ciekawiej od zwykłej mielisy, czujemy świeży aromat trawy cytrynowej i pozostałych składników. Mam ją już od roku i sięgam po nią zawsze wtedy, gdy potrzebuję pomocy w zaśnięciu. Śpi się po niej naprawdę mocno i długo (nie polecam, gdy na drugi dzień, trzeba wcześnie wstać i być przytomnym...), czasem funduje również ciekawe sny :P

Głóg

Sama nie wpadłbym na to, aby pić herbatkę z głogu, ale dostałam ją w prezencie od znajomych z Chin, gdzie taką herbatkę pije się powszechnie i uznawana jest za napój leczniczy.
W formie suszonej przypomina odrobinę takie wysuszone truskawki, pachnie ciekawie, owocowo.
Suszone owoce zalewa się wrzątkiem i parzy ok 10 minut. Daje napar odrobinę kwaśny i cierpki w smaku, więc często dodaje się do niej odrobinę miodu lub cukru. Dla mnie jej smak jest bardzo przyjemny, ale posłodzona smakuje jeszcze lepiej.

W Chinach do napojów dodaje się taki oto cukier:

Wygląda ciekawie, prawda? Od naszego różni się sposobem produkcji, w smaku nie ma różnicy, ale wygląda ładnie :) 

Co ważne, herbata ta ma świetne właściwości. Działa na układ krążenia - poprawia krążenie, obniża poziom cholesterolu i jego odkładanie się w żyłach, ma pozytywny wpływ na serce. Zawiera garbniki co daje jej właściwości neutralizujące wolne rodniki, a więc zapobiega zmianom nowotworowym. Jest bogata w witaminy A,C i E. Herbatka ta ma również właściwości odprężające.
Zamierzam pić ją regularnie (choć jak z każdymi ziołami, warto zrobić sobie od czasu do czasu przerwę), ponieważ to właśnie choroby krążenia i wysoki cholesterol w obecnych czasach powodują najwięcej kłopotów zdrowotnych, również w mojej rodzinie. Do tego naprawdę lubię jej smak i bardzo mnie odpręża :)

Sprawdziłam i dostępna jest również w Polsce, choć często są to mieszanki zawierające również np hibiskus i inne składniki, spotkałam również herbatki z kwiatów głogu. Jeśli jesteście zainteresowane polecałabym zakup całych, suszonych owoców głogu, wtedy wiemy, co pijemy, a cenowo nie wychodzi drożej :) Kwiaty głogu podobno mają te same właściwości, ale nie wiem nic na temat smaku takiego naparu.

Np TUTAJ
(jest to pierwszy lepszy znaleziony przeze mnie link, na pewno można znaleźć również inne źródła)
Więcej informacji na temat właściwości głogu:
po angielsku
po polsku

Herbatka lipowo-malinowa

Herbatka ta nie jest moim pomysłem, źródłem inspiracji była tu moja ulubiona herbaciarnia Chimera w Poznaniu. Podają tam pyszne i pomysłowe herbaty, są również kawy, ciasta oraz normalne dania, a więc można tam coś przekąsić w porze lunchu albo nawet wybrać się na kolację :) Jest to genialne miejsce - atmosfera i wystrój przypominają trochę staroświecki dom, jest bardzo przytulnie, do tego przy samym barze mamy słoje z przeróżnymi herbatami, które można kupić na wagę.  Idealne miejsce na pogawędki z przyjaciółką albo na randkę. Do tego obsługa jest przemiła :)

Wracając do tematu - będąc tam dawno temu po raz pierwszy, wstąpiłam na lunch z osobą bardzo bliską memu sercu. Może dlatego tak dobrze zapamiętałam przytulną, gościnną atmosferę i przepyszną, lipowo-malinową herbatkę z odrobiną miodu która rozgrzała mnie w tamten listopadowy dzień. Jest to po prostu napar lipowy zaparzany z dodatkiem suszonych malin. Następnie możemy dodać łyżeczkę miodu. Będąc niedawno w Poznaniu wstąpiłam tam z sentymentu i choć tym razem nie zamówiłam tej herbatki, to postanowiłam kupić susz malinowy na wagę aby samej móc przyrządzić ten przepyszny napój.
Tym z Was, które mieszkają w Poznaniu, naprawdę polecam odwiedzenie Chimery, jeśli nie na herbatę, to na któryś z ich deserów lub drinka - bo koktaljle też mają, bardzo smaczne i to "nieoszukane", czyli z właściwą ilością alkoholu ;) Jeśli nie po drodze Wam do Poznania, to zawsze można zaopatrzyć się w herbatkę lipową i suszone maliny i spróbować stworzyć taką miksturę w zaciszu domowym :)

Jest jeszcze wiele herbat, o których chciałabym Wam opowiedzieć, pokazać, ale w chwili obecnej ich nie posiadam, więc kto wie, może w przyszłości :)

To już koniec moich wywodów herbacianych....Więcej herbat nie posiadam :P
Próbowałyście którejś z opisanych herbat? Może któraś Was zaciekawiła?
Piszcie koniecznie :)