wtorek, 30 października 2012

Październikowe denko

Przedstawiam Wam mój pierwszy projekt denko :)
Osobiście bardzo lubię czytać tego typu posty oraz oglądać filmiki o tej tematyce. Projekty denko oraz haule to moje ulubione - może to dziwne, ale nie lubię postów / filmików o makijażu - i tak ich nie wykonam, bo najprawdopobobniej nie mam tych samych cieni/różów/rozświetlaczy....Natomiast z takich postów czy filmików o pielęgnacji można się sporo dowiedzieć...Zazwyczaj kończy się to powiększeniem mojej wishlisty ;)

Wszystkie z kosmetyków, które Wam dzisiaj pokażę wykończyłam z październiku.

Na początek produkty stosowane pod prysznicem:




 1. Żel pod prysznic Nivea Cashmere Moments

Już wspominałam, że żele Nivea są moimi ulubieńcami i zawsze do nich wracam. Nie wysuszają mojej skóry, gdy stosuję te żele mogę spokojnie balsamować się co 2, w lecie nawet co 3 dni. Ładnie a przy tym nienachalnie pachną, dobrze się pienią, mają przyjemną konsystencję, są wydajne. Jasne, można za połowę ceny kupić Isanę, ale co z tego, skoro skończy się on o połowę szybciej i przy okazji wysuszy nam skórę?
 
Cashmere Moments jednak wypada średnio pod względem zapachu - jest troszkę zbyt duszący, choć nie jest nieprzyjemny. Myślę, że na zimę i dla fanek cięższych, kwiatowych zapachów będzie świetny.

2. Żel pod prysznic Nivea Lemongrass & Oil

Zużyłam już niejedno opakowanie. Lubię tą formułę - gęsty żel, ale nie galaretka, z perełkami olejku w środku. Piękny, orzeźwiający zapach. Na pewno do niego wrócę, choć pewnie dopiero na wiosnę lub w lecie.



 3. Płyn do higieny intymnej Facelle Sensitive

Nie, nie stosowałam go do mycia włosów, od tego mam szampon ;) Tego typu eksperymenty tylko plączą i niszczą mi włosy, do tego powodują łupież. Tak było gdy kiedyś eksperymentowałam z różnymi szamponami dla dzieci i innymi cudami. 
Jako płyn do higieny intymnej - bardzo średnio. Nieciekawy zapach (choć niby nie to się liczy w przypadku tego typu kosmetyku, ale jednak choćby Lactacyd czy Ziaja wypadają dużo lepiej), do tego miałam wrażenie, że zostawia taką śliską warstwę, nie czułam się odświeżona. Nie podrażnia, ale na pewno nie chroni czy nie pomaga w razie podrażnień albo drobnych infekcji. Lactacyd jednak rządzi ;)






4. Kolejny żel pod prysznic - Balea o zapachu czekoladowo-figowych makaroników
Piękny zapach i nie jest to zwykła czekolada, wyraźnie czuć, że jest to taki "ciasteczkowy" zapach, czuć go również pod prysznicem. Idealny na chłodniejsze dni :) Nie utrzymuje się zbyt długo na skórze, ale nie oczekuję tego. Konsystencja - biały, lekko kremowy, niezbyt gęsty. Wydajność taka sobie, ale nie jest źle. Co mnie pozytywnie zaskoczyło to to, że nie wysusza. Jak na żel za 65 centów - naprawdę super!

5. Peeling wygładzający Joanna Z Apteczki Babuni z ekstraktem z bzu
W skrócie - genialny peeling, dobrze oczyszcza, bez parafiny, nie zostawia tłustej warstwy, piękny, naturalny zapach bzu, wydajny. Na pewno kupię go ponownie.

6. Sól do kąpieli Champs de Provence - rumiankowa
Lubię te sole, pachną dość intensywnie, nie jest to sztuczny, nieprzyjemny zapach. Nie powodują, że się kleimy  po kąpieli ;) Ja sotsuję je do kąpieli stóp. Pozytywnie, ale moją ulubioną pozostanie jednak wersja różana :)

A teraz oczyszczanie twarzy:



7. Tołpa Dermo Face Sebio - normalizujący żel do mycia twarzy
Podsumowując - świetny żel bez SLS, nie podrażnia i nie ściąga skóry, dobrze oczyszcza. Moje drugie opakowanie i pewnie nie ostatnie.

8. Vichy - Purete Thermale 3 en 1 - płyn micelarny do skóry wrażliwej
Mój ukochany micel, moje drugie opakowanie i na pewno do niego wrócę. Jest idealny - dobrze oczyszcza, odświeża, delikatny, wg mnie normalizuje skórę, poprawia stan cery.

I jedyne denko włosowe:


9. Rausch - Kamillen Aufbau Haarkur
czyli regenerująca, odbudowująca maseczka/kuracja do włosów zniszczonych, osłabionych, z rozdwojonymi końcówkami. 
Bardzo dobry, naturalny produkt oparty na wyciągu z rumianku. Pięknie pachnie, ładnie podkreśla złote refleksy we włosach (nie tylko u blondynek - ja mam włosy jasnobrązowe). Ułatwia rozczesywanie, nawilża włosy, wzmacnia je.





10. AA Wrażliwa Natura 20+. Aktywnie nawilżający krem na noc.
Dobry krem za niewielką cenę. Dobrze nawilża, nie zapycha, budzimy się z gładką i nawilżoną buzią. Krótki, przyjazny skład.
Właściwie to jednak go nie zdenkowałam do końca, tylko musiałam się z nim rozstać, ponieważ po ponad 3 miesiącach używania zmienił się trochę zapach i przestał dobrze nawilżać...Przez 3 miesiące sprawował się jednak bez zarzutu.

Czas na pielęgnację ciała:

11. Sanoflore -Odżywczy balsam do ciała z płatkami kwiatów
Dobrze nawilżał, ale dla mnie był za ciężki i słabo się wchłaniał. Raczej dla posiadaczek suchej skóry. Duzy plus za naturalność i świetny skład. Dla mnie za ciężki, więc raczej do niego nie wrócę

12. Fennel - Masło do ciała Dzika Orchidea

Piękny zapach, delikatny, różowy kolor. Konsystencja typowo masłowa, potrzebuje chwilę na wchłonięcie się, ale na chłodniejsze dni - idealny. W lecie dawał mi wrażenie lepienia się, ciężko się wchłaniał, za to z nadejściem jesieni  okazał się być w sam raz. Polecam, ale raczej do niego nie wrócę - jest tyle maseł o różnych zapachach, że życia nie starczy na wypróbowanie ich wszystkich ;)
Recenzja obu nawilżaczy:






13. Bourjois Volume Glamour Ultra Black
Świetny tusz, pięknie podkreśla rzęsy i nadaje im głeboko czarny kolor. Jest różnica w porównaniu z innymi tuszami. Myślę, że kiedyś do niego wrócę.

Uff, denko wyszło spore w tym miesiącu...

Używałyście któregoś z tych kosmetyków? :)

niedziela, 28 października 2012

Bourjois - Volume Glamour Ultra Black Mascara

Tusz do rzęs to chyba jedyny kosmetyk kolorowy, którego używam codziennie, a przynajmniej zawsze wtedy, gdy wychodzę z domu. Bez reszty mogę się obejść, w zależności od sytuacji i samopoczucia, tusz jednak jest czymś, o czym na pewno nie zapomnę przygotowując się do wyjścia. 
Dziś opowiem Wam o moim ulubionym tuszu, czyli:

Bourjois Volume Glamour Ultra Black


Nie jest to mój pierwszy tusz z firmy Bourjois, wcześniej zużyłam 2 lub 3 opakowania klasycznego Bourjois Volume Glamour, który prezentuje się tak:




źródło: strefakobiety.pl
Tutaj możecie sobie o niej więcej poczytać, moja opinia jest bardzo podobna:


Byłam tą maskarą naprawdę zachwycona i moim zdaniem wersja Ultra Black tak naprawdę nie różni się od niej jakością, wg producenta, główną różnicą ma być to, że Ultra Black ma być "czarniejsza", czyli ma zawierać więcej pigmentu i przez to mocniej podkreślać nasze rzęsy.
Czy tak jest naprawdę? Szczerze mówiąc, trudno mi teraz przeprowadzić szczegółowe porównanie obu maskar, ponieważ klasyczną wersję miałam już ponad rok temu.
Na pewno jednak wersja Ultra Black nadaje rzęsom głęboki, smoliście czarny kolor, więc wierzę, że zapewnienia producenta są prawdą.

Jeśli chodzi o jakość tego tuszu, jestem bardzo zadowolona. Nie skleja rzęs, nie tworzy grudek, nie osypuje się. Co więcej, nawet gdy minęły przepisowe 3 miesiące stosowania tuszu, po którym to czasie należałoby go wymienić, wciąż sprawował się on dobrze, więc tak naprawdę stosowałam go nieco ponad 4 miesiące. Wiele maskar z którymi miałam do czynienia po 2-3 miesiącach zaczynało sprawiać problemy - a to zapach się zmieniał, a to zaczynały sklejać rzęsy itp. Bourjois Ultra Black wypada pod tym względem naprawdę dobrze - jest bardzo trwała.
Trwałość w ciągu dnia jest również świetna - pod koniec dnia wciąż widać, że rzęsy są ładnie podkreślone, podczas gdy wiele maskar po prostu "znika" w ciągu dnia i wieczorem wyglądam, jak gdybym w ogóle się nie malowała.
Co ważne, tusz ten spełnił jedno z najważniejszych wymagań, które stawiam tego typu kosmetykowm - nie podrażniał oczu. Często zdarza mi się, że po nałożeniu tuszu nie odczuwam niczego złego, natomiast pod koniec dnia oczy zaczynają mnie piec, szczypać, łzawić i mam ochotę czym prędzej zmyć makijaż. W tym wypadku ten problem się nie pojawił, nawet po 3-4 miesiącach od otwarcia tuszu. 

Szczoteczka prezentuje się tak:



Jest niepozorna, nie wyróżnia się niczym szczególnym.

Jaki jest efekt na rzęsach?
Ładnie podkreśla, rzęsy są bardziej "wyraźne", wyglądają na gęstsze i dłuższe. Nadaje im głęboki, czarny kolor i to na długo - pod koniec dnia rzęsy wyglądają równie dobrze, jak zaraz po nałożeniu tuszu. Nie jest to taki teatralny efekt, ale na pewno jest wyraźny i nie znika w ciągu dnia. Oczy wydają się większe, wyraźniejsze. 
Nie pojawiają się grudki, rzęsy nie są posklejane, nic się nie osypuje. 
Nie mam tej maskarze nic do zarzucenia i na pewno do niej wrócę. 
Teraz w zapasie miałam inną maskarę, które również jest dobra, ale teraz zauważam znaczną różnicę, jeśli chodzi o kolor i podkreślenie rzęs - zaczynam tęsknić za Ultra Black ;)

Próbowałyście może inne maskary firmy Bourjois? Ciekawa jestem, czy wszystkie są tak dobre, jak te dwie :)

Cena:
kupiłam ją w promocji za 29,90zł
Cena regularna: ok 45-47zł

piątek, 26 października 2012

zakupy, zakupy :)

Tym razem będzie post o zakupach, które zrobiłam w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Nie ma tego dużo, jak wiecie, wciąż mam spore zapasy kosmetyków zakupionych w Polsce, więc tutaj zaopatruję się tylko w te produkty, które są mi naprawdę potrzebne.
Będzie DM, Rossmann, TBS oraz pewien drobiazg ze sklepu internetowego Zalando ;)




I teraz po kolei:


Nivea Welcome Sunshine - płyn do kąpieli. 

Co prawda nie mam wanny, ale i tak się skusiłam i zamierzam stosować go pod prysznicem jak żel. Dlaczego? Otóż uwielbiam żele pod prysznic Nivea, ślicznie, nienachalnie pachną, są kremowe, wydajne, pięknie się pienią a przy tym nie wysuszają mojej skóry, niektóre z nich nawet lekko nawilżają. Dla mnie są to żele idealne (z kilkoma wyjątkami - np nie lubię tych jagodowych Powerfruit), i choć jak każda kobieta ;) co jakiś czas skuszę się na jakąś edycję limitowaną czy ciekawy zapach żelu innej firmy, to zawsze wracam do Nivei. Tym raz zauważyłam w DM zupełnie nowy zapach który nazwano Welcome Sunshine. Jest to żel, a właściwie płyn, o pięknym, kokosowym zapachu i przy tym nie wydaje się być za słodki. Niestety, nie ma wersji żel pod prysznic, więc skoro nie różnią się zbyt konsystencją, to zdecydowałam się wypróbować nawet za cenę męczenia się z wielką (750 ml) butlą pod prysznicem. ;) 
Cena: ok 2,85 E


Balea Urea Fußcreme mit 10% Urea, czyli krem do stóp z mocznikiem

Słyszałam o tym kremie dużo dobrego, do tego zawiera mocznik, który, mam nadzieję, poprawi stan moich stóp ;) Regularnie je peelinguję, robię pedicure itp, ale wciąż są suche a skóra na piętach pozostaje szorstka. Dotąd stosowałam krem do stóp Ziai (ten pomarańczowy), niestety, choć po kąpieli stóp i kuracji skarpetkowej z dużą ilością kremu rano budziłam się ze stopami jak pupka niemowlęcia, to efekt ten trwał nie dłużej niż jeden dzień. Mam nadzieję, że ten krem coś zmieni.
Cena: ok, 1,90 E



 DontoDent Fresh, płyn do płukania jamy ustnej

Nic ciekawego, po prostu nie miałam jeszcze płynu z tej firmy, a w Niemczech niestety nie widuję płynów z firmy Colgate. Swoją drogą trochę mnie to dziwi - pasty Colgate są wszędzie, płyny już nie, ale ja wiadomo, Niemcy chronią własny rynek i nie wpuszczają niczego, co mogłoby stanowić za dużą konkurencję dla rodzimych produktów ;) Spotykam więc głównie te płyny DM-owe oraz te OdolMed 3, które są również bardzo dobre, choć trochę droższe. Listerine chyba też jest dostępny (choć pewna nie jestem), ale tych akurat i tak nie lubię - są dla mnie za ostre.
Cena: 1,15 E


Isana Winter Seife - Kaminzauber

Isany nikomu przedstawiać nie trzeba, zwyczajne mydło w płynie. Ostatnio mam fazy na edycje limitowane i produkty sezonowe, więc przyjemnie będzie myć ręce takim zimowym, korzennie pachnącym mydłem :)


The Body Shop - Hemp Hand Protector
czyli ochronny krem do rąk z wyciągiem z konopii.

Szukałam jakiegoś porządnie nawilżającego kremu na chłodniejsze dni, ponieważ niestety przy niższych temperaturach moje ręce strasznie wysychają, skóra jest podrażniona, zaczerwieniona, czasem nawet pęka między palcami. Kremem, który radził sobie świetnie i zapobiegał tego typu problemom, był Avene RECENZJA, jednak po stosowaniu go przez pół roku potrzebowałam odmiany. Padło na krem TBS, ponieważ słyszałam o nim same dobre opinie i do tego będąc kiedyś w TBS spróbowałam tego kremu i wtedy pomyślałam, że koniecznie muszę go sobie sprawić na zimę. Użyłam go jak dotąd kilka razy i jestem zadowolona, krem nawilża, chroni ręce i nie pozostawia tłustej warstwy (choć taka delikatna, jakby silikonowa powłoczka jest na początku wyczywalna). Poza tym wysoko w składzie ma wyciąg z konopii (prawdopodobnie temu zawdzięcza swój podejrzany zapach ;)), a także olej rycynowy. Recenzja pojawi się po dłuższym testowaniu.

Cena: 6E / 30ml

I na koniec mały treat, czyli coś również na zimę, tym razem do ochrony ust:





Figs & Rouge Balm
- sweet geranium
- peppermint & tea tree

Zaciekawił mnie naturalny, organiczny skład, śliczne opakowania i dobre opinie. A do samego zamówienia najbardziej zachęciła mnie oferta Zalando, czyli ich darmowa wysyłka :) Nie zamówiłabym balsamu do ust wiedząc, że drugie tyle zapłacę za przesyłkę. Zalando w Polsce działa na tych samych zasadach i oferta jest naprawdę ciekawa, można znaleźć kosmetyki (i nie tylko - są również ubrania, artykuły dla domu itp.) ciekawych, niespotykanych na polskim rynku firm. I przesyłka jest darmowa nie ważne, co i za ile zamawiacie :) Wysyłają szybko, o wszystkim na bieżąco informują (e-mail, że doszła opłata, że produkty zostały wysłane itd).

Cena: 3,95E za każdy

Wypróbowałyście już któryś z tych kosmetyków? :) 
Mnie najbardziej ucieszyły te balsamy do ust :)






czwartek, 25 października 2012

książkowo i jesiennie :)

Czytanie to jedna z form spędzania wolnego czasu, które bardzo lubię przez cały rok, ale szczególnie kocham w chłodne, ponure dni.
W tym tygodniu wreszcie postanowiłam znaleźć jakąś dobrą bibliotekę z dużym wyborem anglojęzycznych książek (mój niemiecki wystarcza do komunikacji czy przeczytania artykułu w gazecie, ale nie będę się jeszcze zabierać za literaturę piękną ;) ). Angielski jest za to bardzo bliski memu sercu i bardzo często czytam coś w tym języku. 
Dziwne, że nie zrobiłam tego wcześniej, ale chyba za bardzo zaabsorbowała mnie przeprowadzka, poszukiwanie pracy, przyzwyczajenie się do nowego życia...Do tego miałam jeszcze kilka książek przywiezionych z Polski.

Kilka dni temu odkryłam naprawdę ogromną, wspaniałą bibliotekę która ma w swoich zbiorach mnóstwo książek po angielsku (zarówno tych anglojęzycznych jak i tłumaczeń z innych języków). Czym prędzej założyłam konto i zamówiłam swoje pierwsze książki :)

Wczorajszy wieczór spędziłam "buszując" po katalogu internetowym biblioteki, gdzie można zamawiać wybrane pozycje. Niestety, w tego typu dużych bibliotekach nie ma możliwości spacerowania między regałami, dotykania książek, znalezienia czegoś zupełnie przypadkowego...Bardzo to lubiłam w małych bibliotekach mojego rodzinnego miasta czy choćby na studiach. Uwielbiałam panującą tam atmosferę, zapach starych książek, przytłumione światło...Do końca liceum przeczytałam chyba połowę mojej miejskiej biblioteki :)

Na studiach miałam do wyboru dwie biblioteki - wydziałową, z książkami na regałach (jednak tam były głównie podręczniki itp.), oraz ogólną, uniwersytecką, z podobnym jak tutaj systemem zamawiania z katalogu. Książki są zamawiane online, następnie dostarczane z magazynu i można je odebrać w ciągu kilku dni. Wygodne, chociaż nie ma to tego specyficznego uroku "wyprawy po skarby", gdy nie do końca wiadmo, z jaką książką wróci się do domu i co się odkryje ;)

Przed chwilą odebrałam moje nowe zdobycze, są to książki, których poszukiwałam od jakiegoś czasu a na mojej uczelni nie były dostępne. Zaopatrzyłam się w coś słodkiego i zaparzyłam moją ulubioną, jaśminową herbatę. Od której by tu zacząć? ;)


W rolach głównych:
  • All the tea in China - Kit Chow & Ione Kramer (coś o historii, rodzajach i sposobach parzenia herbaty)
  • Lovers in the age of indifference - Xiaolu Guo (zbiór opowiadań młodej, chińskiej pisarki, tworzącej w UK)
  • The Dancing Girl of Izu and Other Stories - Yasunari Kawabata (laureat nagrody Nobla, jego twórczość to dla mnie kwintesencja "japońskości", czyli powściągliwość, zamiłowanie do piękna, nostalgia, niespełniona miłość...Jego utwory są trochę jak sen)
  • The Three-Cornered World - Natsume Soseki (również bardzo znany pisarz, czytałam kilka jego powieści, np Jestem kotem, i każda z nich była świetna)
  • Raise The Red Lantern - Su Tong (zbiór trzech noweli, ta tytułowa była podstawą do nakręcenia filmu o tym samym tytule przez Zhang Yimou w którym wystąpiła Gong Li (Zhang Yimou to reżyser m.in.  Hero, Cesarzowej, Domu latających sztyletów)

W  rolach drugoplanowych:
Mandelknusper :P
oraz herbatka jaśminowa :)

Jak już pewnie zdążyłyście zauważyć, fascynuje mnie kultura azjatycka :) Książki tych autorów zaliczane są do klasyków, przynajmniej niektóre z nich, ale wcale nie są trudne w odbiorze czy nudne - wręcz przeciwnie :) Poruszają tematy aktualne w każdej kulturze i w każdym czasie a przy tym robią to w sposób nieco innych od powieści tworzonych w naszej kulturze. Polecam tych autorów :)

Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was postem o książkach. Dla mnie jednak jest to ważny temat i przy tym cudowny umilacz czasu, szczególnie jesienią :)

Czytacie coś ciekawego? Może macie ochotę usłyszeć coś o tych książkach, gdy już je "wykończę"? Czekam na Wasze opinie!


środa, 24 października 2012

TAG: Ziaja maska kojąca z glinką różową, czyli październik miesiącem maseczek

Dziś najwyższy czas na część drugą tagu stworzonego przez Malinę, czyli:


Tag jest wg mnie bardzo dobrym pomysłem, miałam wrażenie, że wcześniej maseczki były traktowane trochę po macoszemu w blogosferze, a teraz są gwiazdami ;)
Jeśli chodzi o mnie, ten tag zbyt wiele nie zmienił, ponieważ od zawsze lubiłam maseczki i stosowałam je przynajmniej raz w tygodniu. Do przyjemności nie trzeba mnie zachęcać, sama chętnie rozpieszczam swoją skórę. Dzięki tagowi jednak mam okazję dowiedzieć się od Was od wielu nowych dla mnie maseczkach, co samo w sobie jest świetną sprawą.

Już kiedyś pisałam Wam o mojej ulubionej maseczce, Ziaja z glinką brązową RECENZJA. Jestem jej wierna, przy okazji ostatnich zakupów postanowiłam jednak wypróbować kilka innych Ziajowych maseczek i tak też trafiła do mnie:

Ziaja, Maska kojąca z glinką różową



Obietnice producenta

- redukuje podrażnienia
- zmniejsza wrażliwość naskórka
- łagodzi zaczerwienienia 

Zawiera łagodzącą glinkę różową, ECO-certyikowany olej Canola i glicerydy kokosowe, prowitaminę B5 oraz alantoinę. Wszystkie te składniki mają łagodzić, koić a także nawilżać i chronić naszą skórę. 

Szczegóły techniczne

Maseczka ma delikatny, biało-łososiowy kolor, niestety, nie jest to róż  ;) Pięknie pachnie, jest to taki delikatny, kremowy zapach który kojarzy mi się z dawnymi kremami mojej mamy, które jej podbierałam w dzieciństwie. Bardzo przyjemny i relaksujący, nie jest zbyt intensywny.
Konsystencja maseczki jest kremowa, łatwo się rozprowadza, nie ma również problemów z jej zmyciem. Nie zasycha na skorupę ani nie spływa z twarzy.

Działanie

Maseczka ta ma raczej średnie opinie na wizazu, ale nie zgodziłabym się z nimi. Moim zdaniem od maseczki nie należy wymagać cudów po jednym-dwóch użyciach, choć ta akurat bardzo przypadła mi do gustu po wykorzystaniu zaledwie jednej saszetki.

Po pierwsze, przyjemnie nawilża i koi skórę. Sięgnęłam po nią akurat w czasie, gdy od kilku dni moja skóra była lekko przesuszona, trochę podrażniona, co niestety zdarza mi się w chłodniejsze dni, szczególnie, gdy zmienia się pogoda. Zastosowałam ją dwa razy, dwa dni z rzędu ponieważ właśnie na tyle wystarczyła jedna saszetka. Po tych dwóch użyciach zauważyłam, że moja cera wygląda na bardziej wypoczętą, przesuszone czy podrażnione miejsca uległy znacznej poprawie. Cera jest miękka, jakby rozjaśniona i nie jest to efekt "do kolejnego umycia twarzy". Do tego stosowało mi się ją bardzo przyjemnie, miły, delikatny zapach, zero ściągnięcia czy szczypania. Nie było również problemu ze zmyciem maseczki. Nie zanotowałam żadnego zapychania, choć moja cera ma do tego skłonności.
Sądzę, że jest porównywalna do maseczki regenerującej z glinką brązową, może nawet jest lepsza, ale aby mieć pewność, musiałabym zużyć więcej niż jedną saszetkę. 

Maseczka ta na pewno nie zdziała cudu, nie usunie nam zmarszczek ani też nie sprawi,  ze sucha skóra zmieni się na stałe w normalną ;) Jest jednak świetnym produktem który warto zastosować doraźnie, gdy czujemy, że nasza skóra się buntuje i potrzebuje ukojenia. Samo jej stosowanie jest przyjemne i relaksujące, a do tego nieźle radzi sobie z lekkim przesuszeniem czy podrażnieniem. Sądzę jednak, że w przypadku bardzo suchej skóry czy większych problemów, konieczne byłoby jej regularne stosowanie aby zobaczyć efekty.

Ja na pewno jeszcze ją odkupię i zrobię sobie mały zapas aby w razie czego ukoić i nawilżyć moją kapryśną cerę. Na okres jesienno-zimowy jest dla mnie idealna :)

Skutki uboczne

BRAK - nie zapycha, nie ściąga skóry, nie podrażnia. Przyjemny zapach, nie ma problemów ze zmyciem.

Cena
ok. 1,60 zł



poniedziałek, 22 października 2012

Avene Cold Cream - krem do rąk

Dni stają się coraz chłodniejsze i pomimo tych pozytywnych stron jesieni o których pisałam w ostatnim poście, nasza skóra niekoniecznie kocha jesień a tym bardziej zimę. 
Dla mojej skóry nadejście chłodniejszych dni oznacza konieczność skutecznego nawilżania i ochrony, szczególnie w przypadku dłoni. W okresie grzewczym, gdy na dworze jest zimno a w środku jesteśmy narażone na suche powietrze, moje dłonie często są przesuszone, w zimie czasem nawet pęka mi skóra pomiędzy palcami. Potrzebuję porządnego nawilżenia, niestety, ciężko znaleźć krem który by to zapewniał bez konieczności ponawiania aplikacji po każdym myciu rąk. Testowałam wiele kremów, niektóre kompletnie nie nawilżały, nawet stosowane co chwilę (np krem Garnier z mango), niektóre radziły sobie dość dobrze, ale tylko jeśli kremowałam dłonie niemal po każdym myciu (np Kamil rumiankowy). 
Aż w końcu pewnego dnia natknęłam się na ciekawą promocję w SP (tak właśnie zaczyna się zazwyczaj moja przygoda z nowym kosmetykiem - dzięki promocji w SP :P) i zakupiłam:

Avene Cold Cream, Creme Mains

zdjęcie: www.drugstore.com
Krem w cenie regularnej kosztuje ok 35zł za 75ml, co zawsze wydawało mi się wygórowaną ceną jak za krem do rąk. W tamtej chwili był jednak na promocji za około 12 zł, więc biorąc pod uwagę renomę firmy Avene, nie wahałam się zbyt długo. 

Co mówi producent?
Krem przeznaczony jest do pielęgnacji i ochrony suchej, spierzchniętej i podrażnionej skóry rąk i właśnie takie są moje dłonie w okresie jesienno-zimowym. 
Jest to krem oparty na wodzie termalnej Avene. Hypoalergiczny.
Szczegóły techniczne
Estetyczna, solidna i prosta tubka podobna do pozostałych kosmetyków firmy Avene. 
Krem jest dość gęsty, konsystencją przypomina maść. W pierwszej chwili może wydać się tłusty, po rozsmarowaniu trochę jakby pudrowy, trzeba mu dać chwilę na wchłonięcie się, ale nie musimy czekać zbyt długo na to, aby całkowicie się wchłonął. Warto pamiętać, że wystarczy zastosowanie dosłownie kropelki kremu wielkości groszku do nakremowania całych dłoni, większa ilość tylko sprawi, że będziemy dłużej czekać na wchłonięcie. Po wchłonięciu nie pozostaje nieprzyjemna, tłusta warstwa. 
Zapach kremu jest dość specyficzny, trudno go do czegoś porównać, moim zdaniem przypomina jakieś lekarstwo czy maść. Nie jest to rozkosz dla zmysłów, ale nie jest też nieprzyjemny, poza tym po chwili się ulatnia.

Działanie

I teraz najważniejsze - krem jest idealny dla dłoni, które mają tendencję do przesuszania, pękania, pierzchnięcia pod wpływem zimna. Stosowany regularnie nie dopuszcza do powstania tego typu problemów. Co więcej, wystarcza aplikacja raz dziennie (ewentualnie dwa razy, jeśli danego dnia nasze dłonie są bardziej narażone na niesprzyjające warunki czy detergenty), aby nasze dłonie były nawilżone i ochronione przez cały dzień. Ja stosowałam ten krem codziennie rano przed wyjściem na zewnątrz, czasem również na noc i to w zupełności wystarczyło! Byłam w szoku, ponieważ przy poprzednich kremach efekt nawilżenia znikał wraz z umyciem rąk. Na początku z przyzwyczajenia wkładałam go do torebki, ale tak naprawdę zazwyczaj nie musiałam ponawiać aplikacji w ciągu dnia.

Wydajność

Niesamowicie wydajny - jak już pisałam, wystarczy dosłownie kropelka do nakremowania dłoni, poza tym krem stosujemy tylko 1-2 razy dziennie, czyli nie jesteśmy w stanie zużyć go np w ciągu miesiąca czy dwóch. Mój krem towarzyszył mi przez prawie 6 miesięcy :) Dlatego też sądzę, że warto go kupić nawet za cenę regularną, 35zł za krem do rąk który wystarczy na pół roku to niewiele. 
Cena
35zł/75ml

Podsumowanie

Genialny krem który poradził sobie z moimi spierzchniętymi, pękającymi dłońmi nawet w mroźne dni. Bardzo spodobało mi się to, że wystarczy zastosować go raz dziennie przed wyjściem, aby dłonie były w dobrym stanie przez cały dzień, nawet jeśli często je myjemy. Nie musiałam ciągle ponawiać aplikacji i co ważniejsze, zapomniałam co to znaczy ból popękanego naskórka podczas mrozów. Do tego niesamowicie wydajny i całkowicie wart swojej ceny. 

Zdenkowałam go około miesiąc temu i dla odmiany zakupiłam inny krem (nagietkowy Dr Scheller). Już wiem, że to był błąd, pewnie skończy się na tym, że wrócę do Avene jak tylko temperatura spadnie. Obecnie testuję jeszcze krem z wyciągiem z konopii z The Body Shop więc wkrótce dam Wam znać, czy jest porównywalny do Avene. 
Na 100% odkupię krem Avene.






niedziela, 21 października 2012

TAG: Osłoda dnia jesiennego

Dziś przyszedł czas na kolejny tag, do którego przygotowywałam się od kilku dni robiąc odpowiednie zdjęcia :)

Jest to tag stworzony przez Sonję z bloga Sonja kosmetycznie

Osłoda dnia jesiennego


W poprzednich latach mówiąc szczerze nie przepadałam za jesienią. Ze smutkiem żegnałam odejście lata, jesień była dla mnie nieprzyjemną, deszczową porą poprzedzającą długą zimę. A więc nic pozytywnego.

Ostatnio jednak moje nastawienie znacznie się zmieniło. Po pierwsze, od jakiegoś czasu staram się dostrzegać coś pozytywnego we wszystkim, co mi się przytrafia. Tyle się ostatnio zmienia w moim życiu, odkąd skończyłam studia i przeprowadziłam się wszystko jest tak nieprzewidywalne, że taka umiejętność jest mi obecnie niezbędnie potrzebna ;) Po drugie, doszłam do wniosku, że życie tak naprawdę składa się z drobnych rzeczy i codziennych czynności, więc warto nauczyć się nimi cieszyć :)

A do tego w tym roku jesień jest naprawdę przepiękna!

1.Filmy


Nie wiem, czy też tak macie, ale ja najwięcej filmów oglądam właśnie jesienią i zimą. W lecie dzień jest tak długi, że często wieczorami wybieram się na spacer czy zakupy. Poza tym często jest zbyt gorąco i duszno, żeby skupić się na długim filmie. Jeśli już coś oglądam, są to najczęściej seriale czy filmiki na YT - coś niezbyt długiego i niezbyt wymagającego.
Za to odkąd zaczęła się jesień, razem z nią wróciła moja miłość do filmów, tych starych, długich, sentymentalnych, jak pokazany na zdjęciu Floating Clouds japońskiego reżysera Mikio Naruse. Jesienią lubię również oglądać horrory i te nowsze dramaty. 

2. Ciepło i słodycz





Jesienią wraca również moje zamiłowanie do ciepłych, słodkich, otulających zapachów oraz ciemniejszych, również ciepłych kolorów. Królują czekolada, migdały, kokos, intensywniejsze i ciepłe kwiatowe zapachy. Z kolorów wszelkie odcienie czerwieni i śliwki.

3. Świece


Tu również nie będę oryginalna - jesienią kocham świece, szczególnie te zapachowe. Wieczorem podczas kolacji czy oglądania filmów ograniczam oświetlenie pokoju do małej lampki oraz świec.Na zdjęciu świece z Ikei (wbrew pozorom palą się dość długo i ładnie pachną). 

4. Widok z okna

Gdy budzę się rano i widzę taki oto widok z mojego okna...


...od razu poprawia mi się humor. Może i jest odrobinę chłodniej, ale za to gdy otworzę okno jest naprawdę pięknie a powietrze pachnie drzewami, liśćmi, ziemią...I to tuż przy moim mieszkaniu. 

5. Słodkości




Jesienią lepiej smakują również wszelkie słodkości, szczególnie te z czekoladą. Uwielbiam ten moment, gdy wracam do domu, mogę się ogrzać i zrelaksować przy kubku herbaty i kawałku ciasta czy czekolady. Do zdjęcia załapał się również mój ukochany wrzos ;)

6. Jesienne spacery


Kocham spacery jesienią! Nie jest zbyt gorąco, słońce nie praży, nie jest jednak zbyt zimno. Można wybrać się na naprawdę dłuuugi spacer bez dyskomfortu spowodowanego silnym słońcem, dusznością, potem...Można spacerować przez godzinę, czuć się rześko i wdychać to pachnące, jesienne powietrze :) Cieszę się, że pomimo mieszkania w dużym mieście i nie tak daleko od centrum, mieszkam w okolicy, która pełna jest starych drzew, parków, starych domów, urokliwych miejsc...Idealne miejsce na spacery :)


To już wszystko, jeśli chodzi o moją osłodę dnia jesiennego...W tym roku mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że lubię jesień i potrafię dostrzec jej dobre strony. A to między innymi dzięki Wam dziewczyny, bo na swoich blogach ciągle przypominacie o tym, jaka jesień może być ciepła i przytulna :)

Mam nadzieję, że ta złota jesień potrwa jak najdłużej...

Taguję:
Panna-Kokosowa z http://panna-kokosowa.blogspot.com
Malina z http://testykosmetyczne.blogspot.com
Olalaa z http://zkosmetyki.blogspot.com
Beauty in English z http://beautyinenglish.blogspot.com
Katja Martita z http://katja-martita.blogspot.com
Nuna2225 z http://nuna2225.blogspot.com


Zasady zabawy:
- umieść na swoim blogu wpis a w nim obowiązkowo baner tagu oraz link do inicjatora tagu - Sonji
- napisz kto Cię otagował
- zamieść wpis a w nim baner, link do bloga inicjatora tagu - Sonji oraz TERAZ UWAGA: opisz i/lub pokaż za pomocą zdjęć w jaki sposób radzisz sobie z jesienną chandrą, co poprawia Ci nastrój jesienią. Odpowiedzią na tag może być tylko tekst.
- otaguj minimum 5 osób

sobota, 20 października 2012

Pharmaceris H - Specjalistyczny szampon przeciwłupieżowy do skóry wrażliwej

W wieku gimnazjalnym i potem licealnym ciągle zmagałam się z łupieżem. Kupowałam oczywiście przeróżne specyfiki, które miały mi w tej sprawie pomóc, ale były to głownie szampony drogeryjne. Skóra głowy dalej mnie swędziała, łupież nie znikał. Nizoral przynosił ulgę na pewien czas, ale potem problem wracał. Przetestowałam szampony przeciwłupieżowe chyba każdej firmy drogeryjnej dostępnej na rynku - Nivea, Garnier, Shauma, Timotei, Head & Shoulders...Niestety, efektów nie było, albo były one krótkotrwałe.

Miałam łupież typowo suchy, na szczęście białych płatków nie było aż tak dużo (zauważałam je głównie podczas czesania), najgorsze jednak było swędzenie....Odczuwałam je niemal cały czas, a najbardziej zaraz po umyciu głowy.

Dopiero na studiach, nie tak dawno temu odkryłam, że problem wcale nie leży w samym łupieżu. Problem polegał na tym, że mam bardzo wrażliwą skórę głowy, która reaguje swędzeniem i łuszczeniem na większość szamponów, w tym szampony przeciwłupieżowe. Nie potrzebowałam typowej kuracji przeciwłupieżowej, po prostu mój skalp potrzebował ukojenia.

Zaczęłam więc szukać delikatnych szamponów odpowiednich dla wrażliwej skóry. Niestety, z tym też nie było tak łatwo, wypróbowałam kilka - SVR, Cece Med i kilka innych.Byłam jednak na dobrej drodze i w końcu trafiłam m.in. na szampon Klorane z wyciągiem z piwonii (RECENZJA), który bardzo mi pomógł a przede wszystkim nie podrażniał. Udało mi się odkryć jeszcze szampony Biovax, które również są delikatne, podobnie jak Klorane rumiankowy.

Delikatna pielęgnacja w moim przypadku to podstawa, ale potrzebuję również czegoś bardziej leczniczego, czegoś, co zapobiegnie nawrotom łupieżu i dodatkowo "wykuruje" moją skórę głowy.
W tej roli:

Pharmaceris H - Specjalistyczny szampon przeciwłupieżowy do skóry wrażliwej. Łupież suchy.


Dla kogo?
Pielęgnacja wrażliwej skóry głowy z objawami łupieżu suchego, swędzenia skóry, podrażnienia, łuszczenia się skóry. Może być stosowany w formie kuracji lub w profilaktyce przeciwłupieżowej.

Obietnice producenta
Specjalistyczna formuła zawierająca Piroctone Olamine efektywnie zwalcza objawy łupieżu u osób z wrażliwą skórą głowy. Działa przeciwbakteryjnie i przeciwzapalnie, oczyszcza skórę głowy eliminując łupież i swędzenie (wg 80% badanych*). Zawartość D-panthenolu działa łagodząco na podrażnioną i zaczerwienioną skórę (wg 75% badanych*), intensywnie wspierając kurację przeciwłupieżową. Skóra głowy odzyskuje naturalną równowagę a włosy pozostają miękkie i łatwe do rozczesania. *Badania kliniczne po 4 tygodniach stosowania.
Szampon nie powoduje przetłuszczania się włosów - włosy pozostają lśniące i puszyste.

Szczegóły techniczne ;)
Konsystencja niezbyt gęsta, można powiedzieć, że taka kremowo-lejąca. Zapach - wg mnie jest to zapach skoszonej trawy połączony z morskim, świeżym zapachem. Dość przyjemny, do tego jasny, błękitny kolor kojarzący się z delikatnością i ukojeniem. Solidne opakowanie, szczelne, nie ma obaw, że coś się wyleje w podróży. Dozownik w sam raz, nie wylewa się za dużo produktu. Szampon jest bardzo wydajny, do umycia potrzebujemy niewielką ilość. Przed spłukaniem należy pozostawić go na skórze głowy przez ok 2 minuty.

 

Skład (lepiej widoczny po kliknięciu)



Działanie
Najpierw, aby do końca pozbyć się łupieżu stosowałam go bez przerwy przez 2 tygodnie. Szampon rzeczywiście znacznie zredukował łupież, zniknął również problem swędzącej skóry głowy.
Niestety, jak większość szamponów przeciwłupieżowych trochę plącze włosy, jednak z odżywką czy maską nie jest już tak źle i włosy wyglądają ok. Nie przyspiesza przetłuszczania się włosów, jedynym minusem są właśnie te trudności z rozczesaniem, u mnie jednak tak jest w przypadku każdego szamponu przeciwłupieżowego.
Po 2 tygodniach codziennego stosowania, zaczęłam myć nim głowę 1-2 razy w tygodniu, profilaktycznie, i w ten sposób dobiegam już do końca opakowania. Szampon stosowany w ten sposób zapobiega nawrotom łupieżu i koi skórę głowy. Oczywiście w pozostałe dni musimy zastosować szampon, który będzie delikatny dla naszego skalpu, w przeciwnym razie cała kuracja pójdzie na marne.

Cena
regularna: 25-26zł
Ja kupiłam 2 butelki na promocji po 22zł.

Wnioski
Uważam, że jest to bardzo skuteczny szampon dla osób, u których u podłoża łupieżu leży właśnie wrażliwa, swędząca skóra głowy. Szampon ukoi skalp i pomoże w walce z łupieżem. Jeśli należycie do osób, które tak jak ja obecnie, nie mają typowego łupieżu, jedynie obserwujecie u siebie miejscowe łuszczenie się skóry od czasu do czasu i/lub swędzenie, to naprawdę polecam zastosowanie tego szamponu np raz/dwa razy w tygodniu. Załagodzi to problem i zapobiegnie rozwojowi prawdziwego łupieżu. Stosowany przy każdym myciu pomoże osobom, które zmagają się z łupieżem suchym, tak, jak ja na początku kuracji.


Teraz wykańczam już ten szampon (po 6 miesiącach stosowania 1-2 razy w tygodniu!), w zapasie mam kolejną butelkę. Postanowiłam teraz zrobić sobie od niego przerwę, aby uniknąć "przyzwyczajenia" i "uodpornienia" skóry na ten produkt. Na pewno jednak będę kupować go ponownie, chcę go mieć w domu w razie nawrotu problemu czy też aby od czasu do czasu zastosować go profilaktycznie.
Niestety, skóra głowy o takich skłonnościach nie zmieni się na stałe pod wpływem żadnego specyfiku, możemy jednak złagodzić problem i ustrzec się przed nawrotami dzięki odpowiedniej profilaktyce, i do tego ten szampon nadaje się idealnie.

piątek, 19 października 2012

wyróżnienie :)

Wczoraj dostałam to wyjątkowe (i w dodatku dla mnie pierwsze!) wyróżnienie od Uny z bloga "Hedonizm i eskapizm" blog o tym, co próżne i powierzchowne.


Mój blog istnieje zaledwie od miesiąca, więc tym bardziej cieszy mnie takie wyróżnienie :) Dziękuję!
Mam nadzieję, że w dalszym ciągu prowadzenia bloga nie zabraknie mi ani pasji, ani kreatywności ani cierpliwości! ;)

Chciałabym wyróżnić jeszcze kilka z Was:

blaubeere z http://blaubeere-blaubeere.blogspot.com/
Słonecznik z http://bambusowy-raj.blogspot.com/
CosmCocoPaula z http://cosmcocopaula.blogspot.com/
dezemka z http://dezemka.blogspot.com/
joanna_n z http://dziewczynazkotem.blogspot.de/
Kasia z http://kobieceszufladki.blogspot.com/
Pure Morning z http://pure-morning123.blogspot.com/
Pink Caster Sugar z http://pinkcastersugar.blogspot.com/
Sonja z http://ori-leszno.blogspot.com/
Kosmetyczny Przekładaniec z http://kosmetyczny-przekladaniec.blogspot.com/

Obserwuję wiele blogów i ciężko było mi wybrać, więc chcę jeszcze dodać, że tak naprawdę wszystkie blogerki z pasją do blogowania zasługują na to wyróżnienie :)

czwartek, 18 października 2012

Nie do końca rozsądne chciejstwa ;)

Każda z nas ma sporo kosmetyków i przedmiotów na swojej wishliście, czy to spisanej, czy tej w głowie. Część z nich to rzeczy, które naprawdę są nam potrzebne, kosmetyki, które świetnie się zapowiadają, będą prawdopodobnie idealne dla naszej cery, mają dobry skład, warto je kupić ze względu na ich właściwości. To są takie rozsądne chciejstwa.

Ale czy Wy też macie tak, że marzycie o jakimś kosmetyku, chociaż nie do końca jest on Wam potrzebny? Albo może jest potrzebny, ale bez problemu możnaby go zastąpić czymś tańszym/łatwiej dostępnym/prostszym? Rzeczy, które koniecznie musicie mieć nie dlatego, że mają naprawić Wam cerę czy pomóc w jakiś szczególny sposób, tylko dlatego, że zaciekawił Was zapach, albo nawet samo opakowanie czy nazwa? Ja na pewno, a i pewnie wiele z Was odpowie na to pytanie twierdząco. 

Dzisiaj pokażę Wam kilka takich rzeczy i chętnie usłyszę, czy Was też interesują, a może już je macie/miałyście?

Są to niekoniecznie rzeczy bardzo drogie lub strasznie ciężko dostępne, po prostu nie będąc w Polsce muszę trochę poczekać z zakupem niektórych z nich, albo po prostu mam takie zapasy, że nie warto już teraz danej rzeczy kupować.

Kolejność przypadkowa ;)

1. Ziaja Maziajki - szampon i płyn do mycia Lody Ciasteczkowo - Waniliowe


Nie wiedzieć czemu, strasznie uwzięłam się na ten płyn, pomimo, że nie jestem wielką fanką wanilii. Wąchałam jednak (ukradniem :P) w SP i wiem, że jest to idealny zapach na jesień/zimę, poza zapachem urzekło mnie również opakowanie, chyba przy najbliższej okazji zakupię kilka butelek. Chyba dziecinnieję ;) Planuję stosować go tylko do mycia ciała, z włosami nie będę eksperymentować.
Żałuję, że nie wzięłam ostatnim razem, ale i tak zakupy były pokaźne.

2. TBS - Masło do ciała DUO, Sweet Pea

Możecie się śmiać, ale nie miałam jeszcze żadnego masła do ciała z TBS.Wiem, że one wcale nie są takie naturalne, wiem, że są masła o podobnej jakości na rynku (choćby Fennel i pewnie znalazłoby się jeszcze kilka), wiem, że ich cena jest trochę zawyżona. Mimo wszystko, piękne zapachy i opakowania robią swoje i mam ochotę kiedyś zafundować sobie jedno z nich, w chwili obecnej faworytem jest wersja Duo o zapachu słodkiego groszku (kocham ten kwiat) :)

3. Pat & Rub - Relaksujący scrub cukrowy, Trawa cytrynowa i kokos

zdjęcie: www.stylistka.pl

Kompozycja zapachowa, która zapowiada się genialnie, śliczne opakowanie oraz recenzje mówiące o tym, że świetnie peelinguje i przy okazji nawilża skórę sprawiają, że mam ochotę kupić go już, teraz, zaraz! :P Wierzę w jego świetne działanie oraz wydajność, mimo wszystko uważam, że jego cena jest nieco przesadzona (ok. 80zł). Taką kwotę wolę przeznaczyć na dobry krem do twarzy. Z pewnością jednak kiedyś kupię go sobie w ramach prezentu dla samej siebie, ale ze względów finansowych, trzeba z tym poczekać ;)

4. Eva Natura - Dwufazowy płyn do demakijażu oczu z ekstraktem z zioła świetlika


Nie przepadam za dwufazówkami i poza tym, mam już swojego ulubieńca, który dobrze usuwa makijaż oczu bez podrażniania RECENZJA
Jednak ten płyn po prostu urzekł mnie swoim...opakowaniem. Wiem, że to brzmi głupio, ale opakowanie tego płynu jest wg mnie prześliczne, kojarzy mi się ze świeżością, naturą, delikatnością i wszystkim co najlepsze. Resztki rozsądku podpowiedziały mi, żeby sprawdzić jeszcze recenzje, które potwierdziły, że płyn jest dobry, i dopiero wtedy trafił na moją wishlistę. ;)

5. Myjące masło pod prysznic Pina Colada


zdjęcie: aromatella.pl

Usłyszałam o tym maśle na kilku filmikach na YT i zakochałam się. Masło zawiera naturalne składniki pielęgnujące, m.in. masło shea, dobrze oczyszcza, jest ponoć bardzo wydajne i przede wszystkim - te zapachy! Ja najbardziej mam ochotę na wersję Pina Colada, ale są jeszcze inne. Podobno zapachy są piękne, niechemiczne, intensywne i długo się utrzymują. Cena może trochę wysoka (39.90zł), ale podobno naprawdę na długo wystarczają. Do zdobycia na aromatella.pl (uwaga - wchodzicie na tą stronę na własną odpowiedzialność :P).

6. Lush - Angels on Bare Skin


zdjęcie: www.lushusa.com

Kusi mnie swoją konsystencją - pasta z midgałami, odrobinę mieszamy z wodą na dłoni i wykonujemy peeling twarzy. Zawiera naturalne olejki. 
Niby nie jest to najpotrzebniejsza rzecz na świecie - są prostsze i tańsze spoby na peeling, ale mimo wszystko, bardzo mnie ciekawi taka forma peelingu. Lusha mam w mieście gdzie mieszkam, ale jeszcze nigdy nie robiłam tam zakupów, nie ukrywam - głównie ze względu na ceny. Myślę jednak, że przy jakiejś specjalnej okazji zaopatrzę się w Anglels on Bare Skin :)

8. Rohto Hadalabo Shirojyun Deep Whitening Lotion & Emulsion


zdjęcia: beautykat.com

Japońskie produkty składające się głównie z kwasu hialuronowego. Podobno są genialne, głęboko nawilżają, rozjaśniają przebarwienia a do tego są super lekkie. Cena niestety trochę wysoka, ale w przypadku produktów do twarzy byłabym skłonna taką kwotę wydać. Może za jakiś czas się skuszę :)

Podaję linka do przykładowego filmiku, gdzie wspomniane są te produkty:

I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje urodowe chciejstwa, przynajmniej te po mniej rozsądnej stronie ;) Jest oczywiście jeszcze sporo produktów, które chcę wypróbować, ale większość pozostałych są to rzeczy, których zakup byłby znacznie bardziej uzasadniony.
Ale przecież i do tych mniej rozsądnych chciejstw mamy prawo, nieprawdaż? ;)

Słyszałyście? Może używałyście któregoś z nich? Czekam na Wasze opinie :)

wtorek, 16 października 2012

TAG: Kakao prosto z Korei, czyli miesiąc maseczek :)

I ja przyłączyłam się do akcji "Październik miesiącem maseczek", dzięki temu, że zostałam otagowana przez Sonję. Bardzo mi miło, szczególnie, że to mój pierwszy, a więc historyczny tag :)




Maseczki stosuję regularnie, mniej więc 2 razy w tygodniu. Jest to miły relaks, taka chwila dla siebie, gdy czuję, że aktywnie dbam o swoją cerę. Regularnie stosuję maseczki oczyszczające i dodatkowo od czasu do czasu sięgam po maseczki kojąco-nawilżające, w okresach, gdy moja skóra bardziej się przesusza, lub gdy czuję, że jest podrażniona. 

Na początek chciałabym przedstawić moją ulubioną maseczkę, którą stosuję 1-2 razy w tygodniu już od sierpnia. Jest to:


Zamian Gold Cacao Pack


Od dawna ciekawiły mnie azjatyckie kosmetyki, kremy BB jakoś do mnie nie przemawiają (chociaż pewnie i na nie przyjdzie czas, ja po prostu jestem oporna ;)), ale zainteresowały mnie kosmetyki z ciekawymi składnikami, do wyboru mamy odchody słowika, śluz ślimaka i inne atrakcje...Ja zdecydowałam się jednak na coś "bezpieczniejszego" na początek, czyli maskę zawierającą prawdziwe kakao. Usłyszałam o niej na kilku blogach i opinie były w większości bardzo pozytywne, lubię również zapach czekolady, a więc pomyślałam - czemu nie?
Maseczkę koreańskiej firmy zamówiłam na niemieckim Amazon i trochę za nią przepłaciłam - na polskim Allegro czy na eBayu była znacznie tańsza (normalnie cena nie przekracza 30-40zł).

Dostałam ją w takim oto eleganckim pudełku, kolorystyka i kształt tubki również kojarzą się z czymś eleganckim, ekskluzywnym

zdjęcie: http://lucybeautyshop.wordpress.com


Pojemność
150g

Obietnice producenta
Maska ma za zadanie oczyszczać naszą cerę i pomagać w walce z niedoskonałościami, zwężać pory, rozjaśniać przebarwienia i poprawiać koloryt cery a także regenerować i nawilżać. Lista zadań jest całkiem długa, mnie najbardziej zaciekawiło właśnie to, że nie jest to maska nastawiona typowo na oczyszczanie i walkę z trądzikiem (takie maski są często agresywne, wysuszają, podrażniają...) ale również ma regenerować naszą skórę i zapewnić odpowiednie nawilżenie. Gdyby nie pozytywne opinie w internecie, pewnie nie uwierzyłabym w takie cuda ;)

Maska zawiera sporo naturalnych składników:
- prawdziwe kakao
- złoto (!)
- kwas hialuronowy
- kwasy AHA
- koenzym Q10
- kolagen

Konsystencja i zapach
Maseczka pachnie jak najprawdziwsze mocne kakao! I nic dziwnego, w końcu naprawdę je zawiera. Nie wyczuwam ani cienia sztuczności, zapach nie drażni ani nie przyprawia o ból głowy, jak to czasem zdarza się przy maskach udających czekoladowe. Tutaj zapach jest bardzo naturalny, przyjemny (oczywiście jeśli lubimy kakao i czekoladę), aż chce się maskę zlizać z twarzy :P Kremowa, dość gęsta konsystencja, bardzo łatwo się rozprowadza. Lekko zasycha, ale nie tworzy na twarzy maski uniemożliwiającej mówienie czy picie. Łatwo się zmywa.


Działanie
I tutaj prawdziwe zaskoczenie - obietnice producenta to nie tylko puste słowa.
Po zmyciu maseczki pory są jakby zmniejszone, skóra wygładzona, nawilżona. Gdy maseczka jest na twarzy, niemal czuję jak "wysysa" wszystko co złe z mojej skóry ;) Potem buzia długo wygląda świeżo, cera jest rozjaśniona, wygląda na bardziej wypoczętą. Nie ma mowy o żadnych podrażnieniach ani nieprzyjemniej napiętej, wysuszonej skórze. Chwilę po nałożeniu możemy odczuwać lekkie ściągnięcie, ale jest to wynik zasychania maseczki na twarzy a nie jej działania na skórę. Po zmyciu niczego takiego nie odczuwam.
Takie są rezultaty w trakcie i tuż po zmyciu, ale w końcu nas najbardziej interesuje to, co dzieje się przy regularnym stosowaniu.
Maskę można stosować kilka razy w tygodniu, ja nakładam ją mniej więcej 2 razy.
Po pierwszym - dwóch użyciach może pojawić się kilka nadprogramowych krostek, trochę mnie to zaniepokoiło, ale na szczęście nie były to takie "wulkany", które pozostają na twarzy przez 2 tygodnie, tylko drobne wypryski, które szybko zniknęły. Po kolejnych użyciach nic takiego już nie miało miejsca, a więc sądzę, że może za sprawą maski skóra pozbywa się wszelkich zalegających zanieczyszczeń.
Przy regularnym stosowaniu 2 razy w tygodniu dość szybko zauważyłam pozytywne działanie. Pory stały się nieco mniej widoczne, pojawia się mniej niedoskonałości i zaskórników. Mam również wrażenie, że maska rozjaśnia blizny pozostałe po jakichś większych wypryskach, jak również przyspiesza gojenie tych już istniejących. Przy regularnym stosowaniu skóra staje się gładsza, koloryt wyrównany.
Zawiera koenzym Q10 i kolagen, więc myślę, że może również pomóc nam w zapobieganiu powstawaniu zmarszczek :)

Skutki uboczne
Nie pojawia się ściągnięcie ani podrażnienie, a moja skóra jest dość wrażliwa, więc sądzę, że jeśli mnie coś nie podrażnia, to już nikomu nie zaszkodzi :)
Zauważyłam jednak że po pierwsze, nie warto nakładać grubej warstwy - możemy mieć wtedy uczucie szczypania, gdy maska zasycha, trudniej ją również potem zmyć i jest to po prostu marnowanie produktu.
Po drugie - nie należy stosować jej zaraz po peelingu - może troszkę bardziej szczypać i lekko podrażnić. Z tego powodu peeling stosuję np przez maseczką nawilżającą albo po prostu w jakikolwiek inny dzień. Natomiast stosując maskę bez peelingu nigdy nie zauważyłam jakiegokolwiek podrażnienia czy przesuszenia.

Wydajność
Maska jest bardzo wydajna, dostajemy sporą tubkę o pojemności 150 g a do wykonania maseczki wystarczy nałożenie naprawdę cienkiej warstwy. Stosuję ją mniej więcej od początku sierpnia a nie zużyłam nawet połowy. Myślę, że spokojnie wystarczy na pół roku, jeśli nie na dłużej. Dlatego też sądzę, że jest warta swojej ceny i zachodu związanego z dokonaniem zakupów online.

Podsumowując, maseczka ta naprawdę mnie zauroczyła - śliczny zapach, przyjemna w użytkowaniu i naprawdę działa. Dobrze oczyszcza bez efektu ściągnięcia czy przesuszenia, rozjaśnia przebarwienia i wygładza skórę. Jak dla mnie - same plusy :)


Zasady tagu:

- umieść baner z linkiem do inicjatora tagu - Maliny
- umieść zasady tagu w poście na swoim blogu
- dopisz się do listy obserwatorów Maliny
- napisz, kto Cię otagował
- zamieść raz w tygodniu recenzję co najmniej jednej testowanej maseczki
- otaguj minimum 5 osób


Taguję i zapraszam:
Kaczmarta: http://kaczkazpieklarodem.blogspot.com/
Rossnett: http://madziakowo.blogspot.com/
Pink Caster Sugar: http://pinkcastersugar.blogspot.com/
Una: http://unaweblog.blogspot.com/
Iwetto: http://iblackbeautybag.blogspot.com/

Miłej zabawy! :)

 

niedziela, 14 października 2012

Rausch - regenerująca i witalizująca maska/kuracja do włosów z rumiankiem

Po dość intensywnym weekendzie (odwiedziny znajomych i pewne dość ważna wydarzenie w życiu prywatnym :) ), przyszedł czas na chwilę spokoju i recenzję.
Tym razem przedstawiam produkt do włosów firmy szwajcarskiej firmy Rausch, który ma za zadanie regenerować, wzmocnić i chronić nasze włosy bez obciążania. Trudno powiedzieć, jak go skategoryzować - jest to dość intensywny, skoncentrowany kosmetyk, więc nie nazwałabym go odżywką. Nie jest też typową maską, bo należy go zmyć tak naprawdę od razu po rozprowadzeniu, nie odczekujemy nawet kilku minut. 

Rausch to firma szwajcarska, produkująca głównie kosmetyki do włosów, ale również te przeznaczone do pielęgnacji ciała. Są to produkty oparte na naturalnych ekstraktach, podobno min. 40% stanowią ekstrakty roślinne, na których oparty jest dany kosmetyk. 

Prezentuje się tak: 



A tutaj mamy obietnice producenta, w wersji angielskiej:



Obietnice producenta
Ekstrakty z rumianku oraz skrzypu regenerują, wzmacniają oraz chronią włosy na dłużej, bez obciążania. Przywracają włosom zdrowy wygląd, elastyczność oraz naturalny blask. 
Przeznaczona jest docelowo dla włosów zniszczonych i osłabionych.

Stosowanie
Rozprowadzamy niewielką ilość na całe włosy (ja pomagam sobie w tym grzebieniem, żeby było równomiernie), po czym od razu spłukujemy. Bardzo wygodne, szczególnie, gdy brakuje nam czasu, np rano czy gdy jesteśmy w podróży :)

Konsystencja i zapach
Konsystencja kremowa, gęsta, ale łatwa do rozprowadzenia o biało-kremowym kolorze. Pięknie i intensywnie pachnie rumiankiem.

Zaciekawił mnie sposób otwierania, nie ma typowej klapki ani całkowicie odkręcanej nakrętki, tylko po prostu lekko przekręcamy zamknięcie, po czym przesuwa się ono lekko do góry i zaczyna być widoczny otworek, z którego po naciśnięciu tubki wydobywa się krem. Bardzo wygodne i higieniczne rozwiązane :)

Zamknięta tubka:


Po przekręceniu:


Działanie
Po pierwsze, rumianek musi tam być w naprawdę dużym stężeniu, ponieważ nie tylko pachnie zabójczo, ale również po zastosowaniu bardzo ładnie wydobywa złociste refleksy na moich włosach, które są jasno-brązowe, ale miejscami przypominają niemal blond.Sądzę, że z tego względu świetnie nada się nie tylko dla  blondynek oraz dla szatynek, którym włosom może dodać złocistego blasku. Oczywiście osoby o ciemniejszych włosach nie muszą obawiać się zmiany koloru, nie jest to trwały efekt.

Maska rzeczywiście nie obciąża ani trochę, ułatwia rozczesywanie, nieco wygładza włosy. Zapobiega efektowi szorstkiego siana na głowie, który czasem odczuwam, gdy nie zastosuję żadnej odżywki, lub gdy zastosuję coś, co zupełnie nie współpracuje z moimi włosami.
Na dłuższą metę ogranicza niszczenie się włosów i rozdwajanie końcówek, stosowałam ją około 5 miesięcy i gdy pod koniec jej stosowania przyszedł czas na podcięcie końcówek, nie były one prawie wcale zniszczone. Efekt ten przypisuję tej właśnie masce oraz stosowaniu delikatnych szamponów bez silikonów (Klorane). W tym okresie akurat nie stosowałam żadnej maski Biovax.

Wydajność
100 ml wystarczyło mi na 5 miesięcy. Z racji tego, że jest to dość skoncentrowany preparat, nie używałam jej po każdym myciu, tylko mniej więcej 2 razy w tygodniu oraz brałam ją na wyjazdy, ponieważ jest to niewielka tubka z bardzo wygodnym i szczelnym zamknięciem. Do pokrycia włosów wystarczy niewiele, rozprowadza się bardzo łatwo. 

Cena
10-11 Euro

Dostępność
Niestety nie spotkałam się z kosmetykami Rausch w Polsce, są jednak dostępne w Niemczech (w aptekach - np ta na dworcu głównym w Berlinie - taka mała wskazówka, ponieważ wiem, że wiele osób właśnie tam się przesiada czy to w drodze na lotnisko czy do innego miasta) oraz oczywiście w Szwajcarii. 
Raczej nie ściągałabym jej z zagranicy przez internet, ale przy okazji jakiejś wycieczki do Niemiec czy Szwajcarii na pewno warto sprawdzić :)

Podsumowując, jestem z tego produktu bardzo zadowolona, przyjemny w stosowaniu, śliczny, rumiankowy zapach, brak obciążania oraz co ważne - nie podrażnia mojej wrażliwej skóry. Co prawda na skórę głowy nie nakładam, ale przy spłukiwaniu i tak ma z nią kontakt. Pięknie wydobywa złociste refleksy na moich włosach, sprawa, że łatwiej mogę je rozczesać i że są wygładzone. Do tego stosowanie bardzo wygodne, szczególnie, gdy nie mamy zbyt wiele czasu na umycie głowy.